Index: Cos dla Narciarzy
Powrot: Na Przelaj...
Lub: Snieg Wiosenny
Gwiazdka u Boku Spiacego Rycerza
Wieslaw A. Zdaniewski
Bylo jeszcze ciemno kiedy Andrzej zalozyl swoj slawetny szlafrok z teatralnej rekwizytorni,
starannie zdezelowany kapelusz przypominajacy ni to rondel, ni to rybacka boje, przegladnal sie
w lustrze i zszedl do podziemi aby, jak co dnia, rozniecic ogien w starym piecu zeliwnym.
|
Przytlumione odglosy szurania rozchodzily sie po calym domu niczym poranne bicie zegara.
Za oknem majaczyly zarysy sasiednich willi, powyzej pietrzyly sie osniezone stoki Krokwi, zas
dalej na prawo, od pierwszego tchnienia poranka zaczynal sie rozswietlac Giewont. Na dworze
bylo zimno, tak zimno, ze mroz wymalowal wspaniale kwiaty, cale ogrody srebrnych kwiatow na
szybach. Powietrze stalo nieporuszone i miasteczko wciaz spalo.
Wzialem narciarski kijek i zastukalem do pokoju dziecinnego.
- Hej szkraby Boze Narodzenie!
- Hurra, dolecial glos Rafala, a po chwili zawtorowala mu cienkim glosem Tereska.
Sluchajac jak woda syczy i spiewa w saganku nakladalismy grube szlafroki i skarpety narciarskie.
- Wesolych Swiat dzieciarnia, usmiechnela sie Pani Starsza; z kuchni gdzie krzatala sie Ona
dochodzilo huczenie i trzaskanie pieca. Tuz pod szafa staly oparte narty; byly to lekkie narty do telemarku,
tego zwiewnego tanca na sniegu, oraz ciezsze, zjazdowe zaopatrzone w turystyczne wiazania. U stop kredensu
lezaly spietrzone pudelka, starannie zapakowane w roznokolorowe papierki i bibuly, caly ich stos. Przez caly
dzien biegalismy w poszukiwaniu cudownosci; to jeszcze bombki, to czekoladowe Mikolajki, to na odmiane
narciarskie gogle. Bylo to wczoraj i poza wczoraj - powszechna krzatanina przed pora ukojenia. Kazdy z nas
skrzetnie i w tajemnicy poukrywal swoje skarby.
Teraz choinka stala w calej swojej krasie pelna kulistych
lusterek, bibelotow i anielskich wlosow mieniacych sie odblaskami teczy. Dostojna i uroczysta. W pokoju
pachnialo igliwiem i pomaranczami. Po raz pierwszy od wielu lat bylo to moje Boze Narodzenie w gronie
swojakow pod Giewontem.

- To idziemy z Doliny Chocholowskiej przez Regle do Palenicy?
- Idziemy, idziemy ale nie tak od razu. Na dzisiaj wystarczy z Chocholowskiej przez Stoly do Koscieliskiej,
albo w odwrotna strone. A wiesz gdzie lezy Palenica?
- Wiem. Palenica lezy w Szczawnicy, bylem tam z mama ubieglego roku.
- Nie, to nie ta Palenica, chodz, pokaze ci ta nasza, tatrzanska. O tam, daleko za Nosalem i wielkimi lasami,
na drodze do Morskiego Oka. Aby tam dojsc na nartach przez las i gory potrzeba nam dwoch dni, a my chcemy
wrocic na kolacje i po prezenty, prawda?
- Paskudny jestes, przechwalasz sie, a nawet nie wiesz dokad pojdziemy, skomentowala siostrzyczka.
W pospiechu zjedlismy sniadanie, zbytnio sie nie obzerajac, jak zwykle w poranek gwiazdkowy.
Pozbieralismy ekwipunek i buty, czempedzej ubralismy sie starannie zapinajac wszelkie zatrzaski kombinezonow
i pognalismy zasniezona ulica w glorii niebieskawo-zlocistych odcieni poranka. Autobus niebawem odjezdzal.
Wrzucilismy narty do bagaznika i wszyscy wskoczylismy do srodka.
¤
Zakopane wibrowalo od nadmiaru turystow. Mialy sie spelnic oczekiwania gospodarczej bonanzy, opatrznosc
najwyrazniej czuwala. Grupy przybyszy mieszaly sie z tubylcami obslugujacymi stragany i stoiska gesto
rozrzucone na ulicach, a sznury samochodow bezradnie nawracaly w poszukiwaniu miejsca do parkowania.
Przewazala ogromnie czarujaca mlodziez, ktora w scisku i harmidrze zalatwiala przedswiateczne sprawki,
najwidoczniej dobrze sytuowana, a moze tylko beztroska, pelna zycia i zapalu, entuzjastycznych nadzieji i
nienaruszonej jeszcze wiary.
Autobus wiozl nas zboczami Gubalowki krecac pomiedzy waskimi oplotkami z
poza ktorych wygladaly goralskie domostwa. Wszystkie mialy spadziste dachy i wygladaly tak jakby z bali
wyciosal je ten sam drwal i tylko w paru miejscach ujrzelismy na zboczu gory monstrualne budowle, ni to
egipskie swiatynie, ni to mauretanskie kruzganki. Postep cywilizacji, prosperita i wybredne gusta. Na taki
widok cos z wami sie dzieje. Nieustajace ujadanie psow bylo wiec na miejscu.
Po drugiej stronie doliny plynela panorama lsniacych szczytow, zwienczen i skalnych urwisk. Opadaly z nieba
wprost do naszych stop, zas tu, w samej dolinie puszyste polacie lasow czernily pobocza. Dzien zadomowil sie
juz na dobre, a oslepiajace slonce zapowiadalo niebywala ucieche. Nawet najmniejszej chmurki w rozleglej
toni nieba. Przypomnialy mi sie owe zimy w Zakopanym, owe upojne zimy, ktore sa juz poza mna i pewnie nie
wroca...
Kiedy autobus dojechal do Kir wszyscy sie wysypali swiergoczac i baraszkujac bez skrepowania.
- No i co dzieciarnia, chyba zamiast w Chocholowska ruszymy na hale Mietusia, w ten sposob idac nad Reglami
dotrzemy wprost do domu nie zdejmujac nart, w sam raz na wigilje.
Zgodzili sie bez sprzeciwu i poganiani przez mlodosc posuwali sie wglab Koscieliskiej, dzielnie odpychajac sie
kijkami. Zewszad otaczaly nas swierkowe lasy, ale wiedzielismy, ze za nimi kryja sie naprawde wspaniale gory.
A im dalej w bor, tym wyzsze, bielsze i piekniejsze.
- A czy wyjdziemy na Starorobocianski? Zgadujac moje mysli zapytal Rafal.
- Wyjdziemy, ale innym razem.
- A dlaczego innym razem, a nie teraz?
- Dlatego, ze aby moc pokonac tysiac dwiescie metrow wysokosci musimy odbyc wstepny trening. Wiec dzisiaj
cwiczymy na latwej trasie, tak aby poprawic kondycje i zdazyc na choinke.
Ta odpowiedz zadowolila wszystkich.
Tuz za polana skrecilismy na Przyslop Mietusi. Trasa byla przetarta, ale
bylismy jedynymi narciarzami w okolicy.
Po przejsciu niewielkiej polany na ktorej ustawione w sagi olbrzymie
bale drewna czekaly na zwozke, droga wznosila sie w gore. Tutaj foki przyczepione do nart okazaly sie
nieocenione, ich wlosie skutecznie opieralo sie poslizgowi. Gleboki jar pograzony byl w cieniu i dopiero
dwiescie metrow wyzej slonce na nowo zalsnilo miedzy drzewami. Wychodzimy na otwarty teren, gdy z
naprzeciwka wytacza sie samotny turysta z plecakiem jak beczka.
- Pan swietuje w gorach czy w miasteczku? zagaduje.
- I tu i tam. Ide z Kopy Kondrackiej, nocowalem na sniegu, w spiworze i ogladalem wschod slonca. Teraz
usatysfakcjonowany wracam na gwiazdke do miasta.
- Ha! To ladny kawalek drogi i ladne swieta, a cieplo?
- Oj cieplo. Gdy sie chodzi to zawsze cieplo, tylko trzeba uwazac aby podczas snu nie odmrozic sobie nosa.
Nie nalezy go zanadto wystawiac i najlepiej nakryc czapka swietego Mikolaja.
- I trzeba miec nosa aby w gorach trafic na taka pogode, ale teraz gwiazdka, wiec moze tak jest zawsze?
- Zawsze. Bo o zachodzie slonce przemienia sie w gwiazdke.
- No to wesolej zabawy i do zobaczenia w gorach.
Powiew wiatru unosil te slowa. Wychodze na trojkatna polane okreslana mianem Przyslopu, a za mna
dyszac podazaja dwa kaczorki.
Las nie tamuje spojrzenia; przed nami panorama Czerwonych Wierchow, od Kopy Kondrackiej az po Ciemniak i
Chuda Turnie ktorej boczne ramie opada na sam dol doliny. Gory wydaja sie czyms zywym; potezne skalne
grzywacze sklebione gigantyczna sila jak nawalnica zwalaja sie do hali Mietusiej i tylko same szczyty biela
sie rowniutka gladzia. Czy sa tam jakies narciarskie wygi na grani? Nie ma im co zazdroscic bo i nam nie
brakuje fantazji.
- O! ile tu sniegu. Co bedzie do jedzenia, zapytal chlopiec.
- A juz jestes glodny?
- Nie. Bede jadl w domu, ale jestem ciekaw. Pojezdzimy na stoku?
- Pojezdzimy juz niedlugo, jak tylko wyjdziemy na szczyt polany.

Jestesmy na Przyslopie - punkcie gdzie krzyzuja sie szlaki z Czerwonych Wierchow na Nedzowke i z Koscieliskiej
do Doliny Malej Laki i poza nia. Ani tu za stromo, ani za slisko, wiec zdejmujemy foki. Z zapalem cwiczymy skrety,
podskoki i hamowania w kopnym sniegu, az od tej morowej krzataniny w gore i w dol stoku zaczyna nam brakowac
tchu. Teraz krotki zjazd waska drozka przez las i kolejne podejscie. Idziemy gesiego, zgodnym rytmem, mocno
pracujac kijkami, a dodaje nam sil wizja kolacji i czekajace niespodzianki. Kto wie czy moj apetyt przetrwa ich
glod? Mroczno tutaj, drzewa jak kolczatki stoja rowna sciana ktora nie pusci w swe pielesze narciarza, conajwyzej
sarna sie przesliznie.
Za wzgorzem wita nas zagajnik upodobniony do ogrodu botanicznego; sciezka wije sie zakretasami od drzewka
do krzaka, do pnia i dalej... I nagle otwiera sie panorama, olbrzymie boisko, plaskie jak lotnisko otoczone
bastionami Giewontu, Kopy Kondrackiej, Malolaczniaka...
Polana na dnie gor, wybrana jako miejsce raju, dobrze
ukryta przed ludzmi i rzadko odwiedzana. Sluchamy ciszy.
Mroz sie nasila, juz slonce zaczyna sie obnizac,
czujemy to zachlystujac sie mroznym powietrzem gdy koloryt zmienia sie na srebrnoszary.
- Dlaczego jest to Dolina Malej a nie Wielkiej Laki, skoro tyle tu miejsca?
- Poniewaz Guliwer, ktory dawno temu urzadzil na niej obozowisko byl olbrzymem, wiec jemu ta laka wydawala
sie mala.
- Nic nie kapujesz gluptaku, to bajka dla dzieci. Nigdy nie bylo zadnego Guliwera, rezolutnie protestuje
Tereska dotychczas zajeta zmaganiem sie z nartami.
- Tak, to bajka. Ale polane nazwali osadnicy z nizin, gdzie laki byly niezmierzone.
- Jak daleko jeszcze? pytaja chorem.
- Daleko. Za to kolacja bedzie nam wspaniale smakowala.
- A zapalimy zimne ognie?
- A myslicie ze mozemy inaczej? Bedziemy wiwatowac, spiewac koledy i chwytac spadajace
gwiazdki.
Mysl o choince dodawala im sil. Niby blizej domu, ale do Giewontu jeszcze kilka kilometrow.
Popedzam moja ferajne. Kluczac skrajem polany wypatrujemy znakow i tropow zwierzat ale nawet
ptaki zdaja sie swietowac. Ani wszedobylskiej sikorki, ani mysikrolika. Jedynie szarak przecial
droge. Trudno tutaj o pobladzenie, poprzez czarna siatke swierkow polyskuje blekit. Nagle patrzcie
jaka gora! Zza drzew wychyla sie ostra iglica Giewontu, cienka a dluga, inna z naszego polozenia niz
rycerska facjata ogladana z miasteczka. Cala zlota na blekicie, goruje nad okolicznymi szczytami
jak obelisk. Jak rakieta na wyrzutni skierowana ku przestworzom.
Na nowo pochlania nas las, tu na poboczu przestronny i dostojny, tam mroczny i najezony
tysiacem splatanych kikutow spoza ktorych nawet nieba nie zoczysz. I tylko chrzest nart i stukot
butow niweczy wszechobecna cisze. Ziemia niewiele mowi, jest cierpliwa. Ale oto minawszy
Grzybowiec forsujemy zejscie ku Strazyskiej. Narty wleczemy za soba, bo wzdluz potoku wasko
jest i kamieniscie; wawoz to sie zweza, to poszerza az wkrotce otwiera sie polana pod sciana
Giewontu. Musze im przyrzec, ze powrocimy tu latem na grzyby. Ostatni odcinek robimy na nartach
i podjezdzamy pod sam szalas. Rozmawia sie tutaj wesolo, ho ho, wesolo... Wewnatrz pelno strojnej mlodzierzy,
wszyscy racza sie dymiacym ukropem. Ich smiech pochodzi z tego samego wspolnego zrodla, wybucha w powietrzu
gor, miesza sie ze slowami, z wyglupami, ten dialog opierajacy sie na animuszu .a nie na sensie.
- Swieta, swieta a my w drodze do Teperreri... niesie sie rytmiczna piesn.
Mknelismy o zmierzchu w dol, mijajac po drodze wycieczke.
- Hej! hej! lewa wolna! a echo dzwiecznie nioslo sie nad drzewami. Az wypadlismy z lasu na sciezke pod
Reglami. Zachod gral juz purpura. Tu i owdzie zapalaly sie swiatla, fioletowa poswiata nad miastem i dolina
coraz bardziej sie nasycala. Teraz nabrala granatowego polotu, cala majestatyczna i odswietna. Taka cicha i
taka swojska. Ani jedna galaz nie drgnela, gorne galazki bukow i swierkow jakby czegos nasluchiwaly i
prostowaly sie ku niebu w oczekiwaniu. A potem szlismy skrajem czarnego lasu, gdy w dolinie wybuchalo
coraz wiecej swiatel, a w kazdym oknie migotala choinka. Z oddali pozdrawialy nas psy, glos tlumiony
podniosloscia chwili dochodzil z cicha. Ale juz zakret u wejscia Do Bialego, ostatni zagajnik... Zamaszyscie
odpychajac sie gnamy w wiadome miejsce, ku swiatlom domu. Wygladaly bardzo wesolo na tle swierkow
porastajacych pobocze. Andrzej z daleka uchyla kapelusza, Pani Starsza godna, oczekujaca i troskliwa... A
wewnatrz byla prawdziwa choinka i wspaniala gwiazdkowa kolacja z tradycyjnymi potrawami, stol blyszczacy
od sreber i krysztalow, butelki z winem i arakiem, karp pieknie zarumieniony i wszystko gotowe, pachnace i
uroczyste. I niespodzianki! A przy koledzie nieskrepowana uciecha kaczorkow. Byla to taka gwiazdka ze
postanowilismy obudzic Spiacego Rycerza. §
Uwagi, Rady i Zasady
Chociaz teren Regli wraz z wytyczonymi przejsciami nie jest terenem narciarskim, swietnie nadaje sie do
treningu i zaprawy do turystyki narciarskiej. Szlak o lacznej dlugosci okolo 40 kilometrow prowadzi z Doliny
Chocholowskiej, scislej rejonu Hucisk, przez cale regle, az do szosy prowadzacej z Morskiego Oka do Zakopanego.
Mozna go przebywac partiami. Przykladowo z Hucisk do Doliny Koscieliskiej lub Lejowej, z Koscieliskiej do
Doliny Strazyskiej lub Bialego, jak opisano. Odgalezienie z tej trasy wywiedzie nas na Kalatowki, do Kuznic i
na hale Gasienicowa. Z tamtad idac u podnoza gor, do Wierch Poronca, przez Gesia Szyje i Polane Rusinowa,
wzglednie mozemy odbic blizej, do Jaszczurowki, lub do Brzezin. Po drodze w wielu miejscach otwieraja sie
wspaniale widoki na Tatry. Maksymalny poziom wzniesien nie przekracza 500 metrow (Hala Gasienicowa), przy
czym niektore odcinki trasy nadaja sie do przebycia na nartach, inne, w lesnych ostepach z nartami na plecach.
|
© W.A. Zdaniewski Krakow, 9.II.97
Idex: Cos dla Narciarzy
Powrot: Na Przelaj...
Lub: Snieg Wiosenny
Gora:Top
|