Index: Cos dla Narciarzy Powrot: Mglista Wyprawa Lub: Matnia

Jamnickie Stawki
Wieslaw A. Zdaniewski




[Footnote] Wloczega niedawno pojawil sie na szczycie. Stal opierajac sie o kamien, odpoczywal, lapal oddech i z zaciekawieniem rozgladal sie po okolicy. Na przeciwko, w blasku zachodzacego slonca groznie i dziko rysowal sie postrzepiony masyw skalnego Rohacza. W pustce, zasnutej cieniem wieczoru niepomiernej doliny, dzielacej masywy gorskie az hen po zanikajacy horyzont, przeswiecaly srebrnym odblaskiem niebios, dwa bratnie jeziorka pelne tajemniczego uroku. Woda! byl nieludzko spragniony. Niebawem pospieszal grania ku dolowi, podpierajac sie narciarskim kijkiem, posrod szumu spadajacego szutru i kamieni. Z lewej strony czyhala na niego ciemna przepasc, zas po prawej, stromo opadaly zielone zbocza, na ktorych gesto utkane wsrod traw sterczaly zetlale wanty jak pomniki porozbijane erozja i grzybem czasu. Musial uwazac by nie upasc na grani w tym pospiechu za noclegiem w dolinie.

II

Nad gorami panowal grymas skwaru, bylo cieplo i sucho od wielu miesiecy. Wloczega wybral legowisko na murawie, pomiedzy krzakami kosodrzewiny. Woda splywajac ze stawow niewyraznie szemrala, wypowiadala tajemnicze zaklecia, niczym klucze prowadzace do krainy czarow. Przebijala w tych dzwiekach nuta zachety, a na zewnatrz cicha glusza osiadla w dolinie. Wokol nie bylo zywej duszy, jedynie na przeciwleglym brzegu jeziora rozlanego na wyznim tarasie, odcinal sie namiot. Wloczega zszedl na brzeg aby zaspokoic pragnienie. Woda w jeziorze byla przejrzysta, leniwie rozplywala sie szeroka tafla, zas pod nia, zywa tkanka podrygiwaly kamienie. Tu i owdzie przebiegal po wodzie nartnik, zwinnymi nozkami wyciskal malenkie wglebienia na gladzi jeziora, bez naruszania jego glebi. Wloczega wiedzial, ze to sila przyrody, napiecie powierzchniowe, niczym elastyczna powloka utrzymywalo ciezar skocznych biegaczy na powierzchni wody.     Zobacz Stawki   [Footnote]

Spieszno mu bylo zakosztowac jeziora. Znizyl sie opierajac na rekach, az dotknal ustami lustra wody; przez chwile odbijalo jego zmeczona twarz, ale juz zmacil gladka tafle i twarz rozmyla sie bez sladu. Woda byla zimna i slodka... Dopiero po jakims czasie napelnil butelke przyniesiona ze schroniska. Patrzyl teraz na szczyty otaczajace doline - wiele czasu minelo odkad ze spokojem spogladal na gorskie stawki. Znajdowal sie po slowackiej stronie, za plecami mial spietrzona skalista gran i sciezke wsrod traw, ktora przywiodla go az tutaj.

Zmierzch stopniowo ogarnial okolice. Wloczega wrocil pomiedzy kosowke, wyjal spiwor z plecaka i przygotowal sobie legowisko. Trawa w dolinie rosla kepkami, byla dluga i ostra i nieskazitelnie czysta, nawet mrowek w niej zadnych nie bylo. Rozebral sie i ulozyl w spiworze na tej laskoczacej murawie, cieple powietrze stalo nad nim nieruchomo... Lezal na wznak i spogladal w gore, na blekitne niebo podbarwione rozem; pachnialo niezwykloscia i powoli ciemnialo. Niebawem pojawil sie pierwszy ognik, a za nim drugi... trzeci... Gwiazda Polarna przesylala swe poslannictwo na Ziemie, skupiony blask niebios, dostepny kazdemu kto potrafi spojrzec w dal z uniesiona glowa. Tuz obok niej, wytwor ludzkiej, nie boskiej reki, roscil sobie prawo do gwiezdnej przynaleznosci - sputnik, powoli, zmieniajacy swoja trajektorie, patrzyl z wyzyn na Ziemie. Gwiazd przybywalo. Bezustannie zapalaly sie nowe ogniki w kosmicznym oddaleniu, coraz to lepiej widoczne, blyskaly swiatlem, jedne jasniejsze, bardziej srebrzyste, inne jakby pozlacane patyna, mrugaly tajemniczo i intymnie, a niektore czerwienily sie miedzia. Wpatrujac sie w owa jasnosc punktowa... drgajaca... tych niepojetych swiatow i planet, Wloczega mial uczucie, ze lezy twarza w twarz z istota swiata. Co sie tam dzieje we wszechswiecie? Czyzby jakas zabawa, weselisko jakies odbywalo sie tam u gory, uroczystosc w podnioslym stylu?

Wokolo cisza trwala i firmament tez milczal, lecz przychylnie ciemnial, rozsiewajac coraz to wiecej niebieskich tajemnic - gwiazd na swym poszyciu. Byly juz ich cale konstelacje, chociaz noc jeszcze nie zapadla i w niklych promieniach zamierajacego slonca wciaz jeszcze widoczne byly szczyty okalajace doline.

Po dlugiej wedrowce wspaniale bylo tak lezec beztrosko i patrzec w dal ku gwiazdom; upajaly go coraz bardziej swoim pozaziemskim czarem, z magnetyczna sila oddzialywaly na jego jestestwo. Odlegle w swej nieskonczonosci, a jednak swojskie i bliskie, pulsujace zyciem, niezglebione tajemnice wszechswiata. Czy istnieje tam zycie, inne istoty, w oddali niezmierzonej, na krancach wyobrazni ludzkiego umyslu? Niewatpliwie tak! Wloczega wierzyl w to z przekonaniem silniejszym anizeli w spelnienie sie czarownych snow. Niebawem usnal.

Obudzil sie w srodku nocy, na nowo spragniony. Siegnal po butelke z woda. - Niebo bylo teraz granatowe, nieprzenikniona ciemnosc wokolo, ale za to miljony gwiazd, niezliczone i nieposkromione ich ilosci, lsnily mu nad glowa. Moze znajdzie tam sposob na odnalezienie siebie? Patrzyl na droge mleczna, zapylona diamentowym pylem, istna chmura ciagnaca sie od wschodu do zachodu; smuge nadzieji niezmierzonej, droge tetniaca kosmicznym zyciem...

Cisza trwala niepodzielnie i chyba nawet stawki juz posnely, gdyz szemranie wody prawie zaniklo. Jedynie goracy powiew nieprzerwanie kolysal noca. Zdjal odzienie i w zadumaniu glaskal klujaca murawe. Wydalo mu sie, ze jezioro odbilo sie i podskoczylo ku niebu, wtopilo pomiedzy gwiazdy, wzmocnilo swoj blask, lsnienie, ktore przenikalo jego cialo. Czul ow blask nie tylko oczyma, wlewal mu sie w zyly i wypelnial jego krew, przemienial ja w poswiate zyciodajna, coraz silniej wtlaczal mu sie w zmysly, przenicowywal go, ten wszedobylski blask, swiecil teraz juz w nim, coraz intensywniej, az sam stawal sie blaskiem, niebieskim swiatlem...

III

Kiedy sie zbudzil slonce juz bylo wysoko i trawa dobrze nagrzana. Wysuplal sie ze spiwora azeby przyjrzec sie porankowi. Wiatr zmiatal trawy rosnace na zboczach gor, raz w te, to znowu w przeciwna strone. Byly to dlugolistne trawy, nie takie jak te w dolinie wokol spiwora. Smagane wiatrem poruszaly sie jak ulotne plomienie. Jak gdyby na zboczu zapalil sie zielony pozar, tym wiekszy, im bardziej wietrzysko przybieralo na sile. Smugi zielonych plomieni przewalaly sie z boku na bok, odwracaly i klebily, na przemian lsnily, lub matowialy w sloncu blaskiem zielonego ognia podsycanego wichura. Wkrotce obejmowaly juz cala gore, plonely wszystkie zbocza, cala dolina palala zielonym ogniem.

Wloczega spakowal resztki jedzenia, zwinal swoj dobytek, zarzucil na plecy, ujal kijek i rozpoczal swa codzienna wedrowke. Nie wiedzial w jakim kierunku zmierza i po co.


6.VI.1995. W.A. Zdaniewski. ©
Tatry Zachodnie, sierpien 1992 na tydzien przed sniezna burza. Pisalem w autobusie jadacym do Washington D.C.

Index: Cos dla Narciarzy Powrot: Mglista Wyprawa Lub: Matnia Gora:Top