Home: Patrialab Index: Cos dla Narciarzy Powrot: Terenowe Hocki-Klocki . Lub: Tetniace Rozdroza

Karkolomy
Wieslaw A. Zdaniewski




ImageMap - turn on images! Gora nieprawdopodobna! Wielka gora, pelna waskich zalomow opadala karkolomnymi zatokami zwisow prostopadle w dol, od samego szczytu az do podstawy, jedna pionowa sciana. Nie byla to zwykla gora narciarska przeznaczona dla narciarzy, ani tych od swieta ani od profesji, ale tez i my nie bylismy zwyklymi narciarzami. O nie! Stanowilismy grupe wielce specyficznych entuzjastow zycia, ktorzy kochali zawadiackie wyprawy.


Zdradze wam: bylismy artystami zagubionymi w poszukiwaniach istoty tworczego dzialania, nie przypadkiem wiec, trafilismy tutaj, w to miejsce niezwykle. Chcac wyobrazic sobie uksztaltowanie Karkolomow, a w szczegolnosci wymagania narciarskich ekwilibrycji, ktore nalezalo zglebic wprzody by moc utrzymac sie na scianie, wystarczy wspomniec kilkudziesieciopietrowy drapacz chmur jakich jest pelno w wielkich metropoliach swiata, taki, ktorego fasada upstrzona prostokatnymi balkonami opada z gory az po sam dol. Taka mniej wiecej forme, aczkolwiek nieregularna ujawnialy Karkolomy - byly sniegiem pokryte, a zjezdzac po tych scianach udawalo sie przy odpowiedniej technice; z zalomu na zalom, tak jak skaczac z balkonu na balkon mozna by opuszczac sie smiele z dachu na grunt ulicy, przez wysokosciowiec caly, najwyzej na metr szerokimi pilastrami gzymsow, nie czyniac sobie szkody zadnej. W dole bylo dno, nic innego, waska dolina, niczym niezwyczajna, chyba tylko swoja waskoscia niezwykla, zgrabnie wcisnieta pomiedzy przeciwlegle piony Karkolomow. Ale ta przyciasnosc niebosieznych scian nie kladla sie cieniem otchlani, nie przytlaczala ponura studnia z przeswitem na niebo. Przeciwnie, jarzyla sie pelnia swiatla slonecznego ktore wszechstronnie krolowalo w okolicy. Cienie zadne nie docieraly na dno nawet najglebszej doliny.

Bylo to w Belize, trzy godziny jazdy wozem, dziewiec godzin pieszo pieknym traktem od najblizszej stacji, o czym informuje znawcow geografii. Przybylem tutaj gnany ciekawoscia na Wielkie Harce Narciarskie; taki juz moj urok, ze jestem wscibski i lubie harcowac na nartach po gorach, we dnie lub w nocy, przy lada okazji...

Jak zwykle wiozlem ze soba swoj dobytek: narty turystyczne, oraz zjazdowe Ð te najbardziej lubilem, manierke, pudelko z muzyka i kalendarz podluzny, tudziez moj los zaklety w nieodlaczny talizman, amulet drogocenny acz niewielki, wspomne jedynie, ze o ksztalcie serca, ktory dawno temu otrzymalem od kogos wspanialoÐmiÐmyslnego. Zawsze go nosilem przy sobie. Zawsze i wszedzie; jak sie domyslacie, tetnilo w nim zycie. Juz pospieszalem z nartami dnem doliny, cieszac oczy sceneria niezwykla, pelen entuzjazmu i chlopiecego zapalu aby wdrapac sie na gore. Oprocz mnie jakas para o odmiennych sexach sposobila sie do jazdy na biegowkach; on blondyn ksztalt ny, o ujmujacej fizjonomi, spojrzenie jego piwnych oczu wyrazalo energie i niejaka stanowczosc charakteru, dziewczyny nie potrafie opisac, nie uwidaczniala bowiem twarzy. Bynajmniej nie ze wstydu, nie, zapewne z innych, sobie znanych tylko wzgledow. Zgrabna swa sylwetka, zauwazylem to od razu, przewiazana w pasie, ubrana elegancko, w zaprasowane spodnie narciarskie na mode z przed laty, prezentowala sie sportowo; gibko i sprezyscie.

Jej towarzysz zjezdzal biegle po scianach, niezwykle biegle, z perspektywy jak z grafik Eschera, na tych swoich biegowkach. Na biegowkach! Pozostawial jedynie dwa cieniutkie slady na zalomach niebieszczacego sie wsrod Karkolomow sniegu. Zjezdzal tak szybko i tak tajemniczo, ze chociaz wypatrywalem go pilnie, gdy tak stalem zdziwiony na dnie doliny, glowe zadzierajac ku gorze, a musicie wiedziec, ze tkwilem tuz przy scianie, dopiero przy samym dole postrzegalem go na waziutki m pasmie Karkolomu; hen w gorze jedynie paski nart odcisniete na sniegu swiadczyly o jego tam bytnosci. Diabelsko sprawny, to kulac sie w glebokim sklonie, to prostujac, zakreslal nogami wszelkie rodzaje fantastycznych zygzakow telemarkiem kreslonych, a konce biegowek, niczym luski w rybim wyskoku raz po raz odbijaly slonca blaski. Cieniem towarzyszyla mu dziewczyna bez okreslonej twarzy. Ta na odmiane, jak duch, bezszelestnie pomykajac, nie pozostawiala za soba sladow na sniegu, jedynie w powietrzu, w miejscach przez ktore smignela zawisala jakas pustka poza nia. Jej obecnosc na zalomach byla wiec bezsporna. Sledzac te pustke rozkolysana, przybrana szumem wiatru, podziwiac mozna bylo wspaniale wykonywane passe, wolty pelne nieokreslonego wdzieku, przydawanego zapewne nieziemskim istotom. Plynac przeciaglym, baletowym ruchem pelnym gracji i elastycznej swobody dziewczyna szybko opadala z niebotycznych wyzyn az na dno skalnej doliny, do miejsca gdzie stalem.

ImageMap - turn on images!!!
W takich to ostepach gorskich i okolicznosciach czynilem rekonesans sposobiac sie do zjazdu. Promienie sloneczne razpraszane pylem sniegu bezustannie opadajacym ze skal mienily sie wszystkimi kolorami teczy, a niebo powlekalo blaskiem blekitu snieg i wzniosle sciany Karkolomow. Tu, na dnie doliny tchnelo wiosna, ale sniegi glebokie owiewane przezroczysta mgla niepodzielnie krolowaly na szczytach, zas ja ujawszy swe turystyki niecierpliwilem sie aby wyjrzec na gore. Juz wraz, idac we trojke gladka szosa, przesmykiem wcisnieta tuz pod skalne zbocze, zamienilismy ze soba slow pare; oni majacy kilka wspanialych zjazdow za soba, ja dopiero przed wylotem. Kim byli? Ð arcymistrzami narciarskimi z pewnoscia. Wszyscy bylismy upodobaniami mniej lub bardziej zwiazani z narciarstwem i gorami, wiec nasza rozmowe zaprawial smak niebywalych wyczynow; w roznych stronach swiata, na obu polkulach. Przybywali tutaj gnani niepokojem; w poszukiwaniu drogi ktora wiedzie od fascynacji do inspiracji i dalej, do istoty i sensu bytu. Zaiste ambitne wyznaczyli sobie zadanie!

gora||.gif (15k)  spacer.JPEG (10k) Na wierzcholek gory wznosilismy sie winda bezkablowa - byl to cud techniki, uruchamialo sie ja sila mentalnej perswazji. Skupiajac sie nalezalo natezyc wole mocno, jak najmocniej i po chwili... klatka windy odrywala sie bezszelestnie od ziemi, unosila delikatnie i juz niosla nas ku gorze, na sam szczyt, mysla kierowana. Az dziw, ze tak niewielu smialkow zdobywalo sie na odwage dotarcia na tutejsze sciany. Z nieukrywana ciekawoscia pogladalismy naokolo przez rodzaj okna, teleskopu na swiat. Niczym w sali kinowej przesuwaly sie krajobrazy, wpierw odlegle, za chwile te najblizsze. Tuz w poblizu sciany Karkolomu wychylal sie z poza rozpylu mgly szczyt sasiedniej gory, po drugiej stronie szosy dolem biegnacej. Jej wierzcholek zachecajaco niebieszczal zlodowacialym sniegiem, swa gigantyczna powierzchnia rozswietlal okolice, jedynie chmurka niewielka przesloniwszy szose, szybko mignela nam pod stopami. Niebawem wszyscy stanelismy na szczycie. Rozciagal sie stad widok rozlegly, wzorowo okragly, z pelnia niebosklonu od zenitu nad glowami az po morze Karaibskie majaczace w oddali. Powietrze drgalo czystoscia sniegu, lazurami odbic i wiatrem wiejacym z Kosmosu.

Jezdzilem na nartach juz czas jakis smiele scigajac sie po przepastnych zboczach Karkolomow, gleboko wdychajac zapachy jodu i ozonu, gdy z niewytlumaczonego powodu, osobistych preferencji zapewne, ot z kaprysu, zachcialo mi sie zjechac az na sam dol po tabakierke z muzyka, tudziez zamienic wierne mi turystyki na -prawdziwe-, jak je zawsze okreslalem, narty; zjazdowki krzepkie i nosne, zawsze je kochalem. Zmierzalem czempredzej po scianach do podnoza, krecac udolnie z przelomu na przelom, przeskakujac i zawracajac wokolo, to z lewa na prawo, to w odwrotna strone. Pedzilem w dol po zboczu gory prosto w gotujaca sie sciane chmur, czesto tak blisko krawedzi, ze snieg lecial z szumem w przepasc, chwilami zakretasami jeszcze bardziej stromo. Kolejny szus wspanialy, ploszac biale lisy, zajace i wyskakujace z pod nart przerozne zwierzaki, miekko wznosilem sie to znowu opadalem w przykucki, upojony sceneria i tutejsza aura, a gonil mnie powiew wiatru za plecami. Juz bylem u podnoza sciany i zmienialem narty. Trzymajac moje ulubione zjazdowki dlugie i sprezyste sluchalem muzyki; dalej wiec do akcji. Skupiwszy sie natezalem wole i... po chwili wznosilismy sie, wraz ze mna moi kompani, z powrotem ku szczytowi, ale od poludniowej teraz strony zdazajac, tam gdzie cyrk skalno-lodowy zwracajac sie ku Zachodowi zwieral najwyzsze partie sasiednich Karkolomow w szeroka, pofaldowana przelecz. Oprocz nart dzierzylem cos jeszcze, dwie tablice z przepisami i regulaminem, pismo z obwieszczeniem, curriculum vitae w forme karty daÄ oprawne, niby menu z eleganckiej restauracji. Spelnialo sie wlasnie tu na szczytach Karkolomow, to co w kartach bylo przepisane.

Wznoszac sie, szybko zmienialy sie widoki jak za oknami pociagu sunacego w pionie. Najpierw byla szosa stalowoszara, wilgotnie lsniaca, nieskonczona. Na niej szofer za kierownica jeepa i grupa narciarzy, ale juz mijalismy gorne partie Karkolomow, tutaj odmienne, o podluznych ksztaltach gigantycznych cygar kamiennych, szarych w zielone centki, gdy zza zalomu, na trawiastej polance, gdzie murawa byla krotko przystrzyzona, mignela grupka osobnikow wasatych o ciemnej karnacji i rozmaitych fizjonomiach. Trwali leniwie, na pikniku beztroskim. Sadzac z poprawnego ich ubioru i gapiowatych twarzy byli zadowolonymi z siebie inzynierami, naukowcami, moze lekarzami, ktoz to mogl wiedziec. Powyzej tej gromadki, w niedostepnej czesci skal, przez jedno okamgnienie mignal blok baterii slonecznych, plytek lsniacych, ulozonych na ksztalt olbrzymiego plastru miodu, zrodlo energii nieprzebrane, zas jeszcze wyzej, na zielonej calkiem trawce admiralicja amerykanska, w granatowych i ciemnozielonych mundurach delektowala sie przyroda i sniadaniem wylozonym na trawie. Kilkanascie osob, niektore znane mi oblicza. A wiec bezglosnie i jakby niezauwazeni mijalismy miejsca odpoczynku urzednikow paÄstwowych. Szybowalismy dalej aby niebawem stanac na samym szczycie osniezonym, pustym swa pustka tajemnicza, wyodrebnionym; jedynie nasza trojka krolowala tutaj. Jak sie domyslacie sposobilismy sie do zjazdu, teraz inna droga, na przeciwna strone gory prowadzaca.

Delfii.gif (12k) spacer.JPEG (10k) Stojac u celu czas jakis, pod niebem samym, w stanie euforii, a moze szczegolnego wyostrzenia zmyslow, zaczynamy postrzegac nowe perspektywy. Otaczala nas zupelnie inna sceneria, inaczej ksztaltowala sie przestrzen i inne horyzonty rozposcieraly sie przed nami. Od tej strony Karkolomy formacja geologiczna i ksztaltami zblizaly sie do alpejskiego typu gor. Ostrym szczytem zakonczone, w trzeciej swej czesci rozlewaly sie lagodniejszym zboczem powoli opadajac w rozlegla, sniegiem pokryta kraine. Spogladalismy na odlegle jaskrawo bielejace wzgorza, o ktore rozbijaly sie inne, coraz mniejsze, lamiac sie przy tym jak fale, to zwijajac jak usta do pocalunku, az do miejsca, gdzie daleko w dole, ledwie wyczuwalna scielila sie przestrzen morskiego lazuru. Natomiast przeciwna strona gorskiego pasma byla ciemnia spowita.

Odrebnosc tego miejsca i wyjatkowosc naszego polozenia dawaly sie natychmiast odczuc, nie tylko dzieki fascynujacej przezroczystosci lodowych bryl, czy wielkiej rozmaitosci rysunku krzesanic i grot spietrzonych na szczycie, ale przede wszystkim wzrastajacym napieciem emocji, wrazliwosci, ktora przenikala sfere otaczajaca przybysza. Czulismy to poprzez fale eteru na ktore nagle uczulily sie zmysly nasze. Moglismy szalec do woli na krysztalowych zboczach lodowcow, gnac na nartach az ku samej dolinie, sniegiem miekkim w dole, w gornych partiach stwardnialymi zalomami szklacych sie scian. Gnac w upajajacej urokliwosci niebieskawego swiatla promieniujacego posrod natloku lodu i sniegow, a jednoczesnie oddawac sie letargicznej intuicji. Zdawalem sobie niejasno sprawe, ze gdzies tutaj w poblizu, w obrebie czasu, ktory wiodl nas ku przyszlosci wytyczajac granice ziemskiego bytu, odnajde swoje przeznaczenie.

Wiec chociaz spietrzone zwaly i bryly lodu groznie sterczaly pod samym szczytem, a w nich czarujac nasze oczy, rozwieraly sie wycioski jakby dlutem robione, misterne i zawile, nie grozilo nam niebezpieczenstwo spadku, ni stoczenia sie po lodowej scianie. Dzialaly tu sily powinowactwa, spojnosci z gora, ktore pozwalajac na szybkie zjazdy do podnoza, jednoczesnie utrzymywaly poruszajacych sie narciarzy na zboczach chroniac ich przed karku zlamaniem. Dopiero kilkaset metrow ponizej, gorski magnetzym slabl i zanikal. Bielila sie tam nartostrada jakich tysiace, blizniaczo podobna tym, ktore prowadza ze szczytu Anglaitarre do Querre lub z Gory Cooka do Adelaidy. Wiele takich nartostrad jak krwioobieg laczy ze soba rozne osrodki narciarskie swiata, ale tylko ta jedna przebiega w Belize, dolina Karkolomow Zachodnich, wiodac jednym koncem ku zagadkom bytu, nieco mitycznym, zdanym na domysly i ezoteryczne spekulacje, a drugim dochodzacym az na poziom morza, do zwyklej codziennosci odmierzanej minutami, conajwyzej latami powszechnej egzystencji.

Ujezdzalismy na nartach w te i we w te, to szusowalismy az do nartostrady, to wracalismy na szczyt, coraz to zmieniajac trasy i kierunki zjazdow a nasz kompan, blondyn ksztaltny, potrafil przy odpowiednim uksztaltowaniu terenu, wyczyniac nawet salta na nartach w powietrzu! Dyszac z emocji i nawalu wrazen, wznosilismy okrzyki zadowolenia; nastroj wywolany sceneria pchal nas w odmet mysli. Bylo to wyjatkowe miejsce dla narciarskich harcow; cwiczen umyslu, hartu i miesni, co do tego nie mielismy watpliwosci, ale celowosc, na ktorej koncu majaczylo przeznaczenie naszych wysilkow gubila sie w bezmiarze nieskonczonosci. Nikle jakies fale, fluidy nieokreslone otaczaly mnie, czulem to podswiadomie, wiec staralem sie odgadnac ich istote. Czy wektory spojnosci oddzialywaly indywidualnie pomiedzy nasza trojka? Moze w takim wypadku wybiegaly dalej, poza wspolne zainteresowania wysokogorskimi motywami? Co wlasciwie krylo sie w przypadkowosci naszego tutaj spotkania. Bylze to li-tylko zbieg okolicznosci, wspolna przyjemnosc w eksploracji nieznanych nam, tajemniczych zakatkow przyrody, moze jakies bardziej trwale asocjacje skrywala nadchodzaca przyszlosc? Moj amulet drogocenny, acz niewielki, tetnil niepokojaco. Nalezalo czekac, cierpliwosc wynagradza.

Chociaz dzien powoli chylil sie ku wieczorowi i fioletowa zorza delikatnie natezala barwy widnokregu, w miejscu gdzie stalismy bloki lodu wciaz jarzyly sie przejrzyscie. Nasze zjazdy dlugie i szybkie, byly upojne. Odbywalismy je bez wiekszch trudnosci, rzeklbym, ze bez wysilku, niezwykle latwiej niz na zwyklych sniegach i zwyklych gorach, ale obrot sloneczny dopelnial swego codziennego cyklu. Czas bylo zjezdzac na wypoczynek do podziemi...

±

Tymczasem, jak rzeklem, czas plynal, sukcesja nie stala w miejscu. W podziemiach Karkolomow, olbrzymiej, skalnej grocie wykutej gleboko pod niezwyklymi gorami wrzal ruch, multum ludzi, przewaznie mlodziezy bieglo z wszech stron i na wsze strony sie rozbiegiwalo. Jak dwie rzeki przeciwstawne swoimi pradami, przenikaly sie i mieszaly ludzkim rojem. Byla w tym pokusa i fantazja, byly postacie groteskowe i przecietne, zycie tetnilo goraczkowym wrzeniem. Na studia i wyklady, cizba wielka, a w tej cizbie i zgielku swoista zabawa trwala; grala orkiestra Floty Pacyfiku, na parkiecie unosily sie pary. Juz trzeci raz zataczala ruch kolem wedle mnie dziewczyna powabna, coraz bardziej dreczyla moje oczy nieodpartym urokiem. W czarnej bluzce, gietka i postawna, taÄczyla wprawnie, jak narciarka lub utalentowana lyzwiarka, jednak nie zwracala na mnie najmniejszej uwagi, nie unosila w moja strone wzroku. Ba! jakby celowo unikala mojego spojrzenia. Tchnelo od niej cieplem; niebywalym, tajemniczym czarem. Gdy przyblizala sie ku miejscu gdzie siedzialem zawiazywalo sie w duszy mojej cos graniczacego z uczuciem czysto fizycznym, zrodzonym pod wplywem okolicznosci; cos na wzor uczucia blogosci rozlewalo sie w mych czlonkach. Nie znalem tutaj nikogo, przeto zachowywalem sie cicho i przezornie, z ciekawoscia przypatrywalem sie otoczeniu i jej. Wlasnie jej. Strojnie, aczkolwiek dziewczeco ubrana, liczyla sobie co najmniej lat... nie to bylo istotne; twarz miala ujmujaca i swieza; cechowala ja bystrosc i energia, niemal przy kazdym ruchu, przy kazdym zblizeniu goscil rys ekspresji na jej twarzy. Otaczalo ja towarzystwo nieliczne, a wieloraki... Nagle mnie olsnilo! To przepiekna, moja fantasmagoryczna wybranka o ktorej od dawna marzylem!

Podniecony, potrzasnalem siedzacego kolo mnie kompana, bowiem znal adorujacych ja przyjaciol. Tak, tak, ze zrozumieniem poklepal mnie po ramieniu. Koniecznie, jakze koniecznie pragnalem aby mnie z nia poznal! Musi zrobic to teraz, natychmiast, poki pora jest przychylna. Jezeli tego nie zrobi bez zwloki... przerazala i obezwladniala mnie ta mysl. Ten moment wyjatkowy, ulotny przepadnie; czulem, ze musze przemoc sie, zmobilizowac wole dazenia, bezwzglednie zaczepic dziewczyne, porozmawiac, nie utracic tej jedynej szansy. Jednak szczescie, usmiech losu, najwyrazniej mi sprzyjalo. Gdy powtornie zawirowala w poblizu, gnany impulsem zaprosilem ja do tanca. Nie odmowila. Niewyslowione cieplo ogarnelo mnie po wzieciu jej w ramiona; momentalnie poplynelismy wspolnym, plynnym ruchem w takt tanca, zgodnie i lotnie.
- Tak przepiekna i uwielbiana dziewczyno! rzeklem jej.
- Jestes uwielbiana od lat, chociaz dopiero dzisiaj po raz pierwszy urzeklas moje oczy. Nie znajac cie, bylem pewien twojego istnienia, od dawna oczekiwalem cierpliwie na ciebie.

Natychmiast gdy wypowiedzialem te slowa dostrzeglem pewna chwiejnosc w jej poruszeniach, wrecz jakby drzenie delikatne jej ciala i radosny niepokoj w oczach. Jakze piekne i urzekajace miala oczy! Z niewypowiedzianie tkliwym usmiechem tajemniczego triumfu oswiadczyla dziewczyna, ze teraz rozumie, iz ziszcza sie jej cudowna uluda. Wszakze tak byc mialo. Celowo nie uwidaczniala swej twarzy jezdzac na skalnych zalomach Karkolomow. Obawiala sie mojego wzroku, wzajemnej milosci, ktora niosly ze soba nasze spojrzenia, a z nia odpowiedzialnosci.

- Geniuszu, moj slodki Geniuszu trzymaj mnie mocno w ramionach. Gdy wyrzekala te slowa uderzyl mnie spiewny ton jej glosu, dopadl narkotycznym zauroczeniem i obezwladnil. W mych rekach przybylo ciezaru.
- Jestem przy tobie, obejmuje cie ramieniem swym slodka Mono, ale czy wiesz, ze to nie fizyczny dotyk trafia w zmysly nasze?
- Wiem, wiem moj ukochany, to poczucie trwania, ktore stapia nas we wzajemnej admiracji wspolnego bytu i wspolna droga wiodaca nas ku przyszlosci, poza ziemski wymiar czasu. Tak! Wiem i ciesze sie z tego.
- Poza wymiar zmaterializowanego czasu, tego fetysza niosacego ze soba zmore przemijania. Owszem kochana Mono, jestesmy wybrancami losu.

Spojeni w uscisku fizycznym, wzajemnie uzupelnieni wszystkimi zmyslami, ktore obecnie zlewaly sie i przenikaly nasze polaczone jestestwa wirowalismy na parkiecie w takt melodyjnych wariacji. Spojny ze swa wybranka poczuciem bytu, nie przygladalem sie jej, bylo to zbyteczne. Poczucie jednosci pozwalalo mi coraz mocniej rozkoszowac sie wynikajacym z tego faktu spelnieniem. Czulem kazdy jej zryw, kazde drgnienie podskorne, stope uniesiona nad parkietem, krew w zylach tetniaca, pachnacy oddech na mym policzku, a poprzez zamkniete powieki widzialem wszystko wokolo. W niej samej i poza nia; znalem jej mysli i jej przepiekne cialo. Plynelismy w tancu, pelni euforii nieziemskiej oraz zwyklego ludzkiego zadowolenia, a wiatr coraz silniejszy i z kazda chwila bardziej porywisty przelatywal przez szpary pomiedzy naszymi nogami i rekami, juz przewiewal na wylot nasze ciala, tarmosil nas na wsze strony i na proch rozpylal... Az dziw, ze wciaz jeszcze wirujemy nie ulatujac w przestworza.

© IX. 1995 WA Zdaniewski ©           Foto: Tony Rath- Belize


Home: Patrialab Index: Cos dla Narciarzy Powrot: Terenowe Hocki-Klocki. Lub: Tetniace Rozdroza Gora: Top