Nie stwierdzono dotychczas czy istnieje prosta zaleznosc pomiedzy miloscia do gor a uczuciami ktore spajaja dwoje ludzi wzajemnie sobie oddanych. Z jednej strony zimne, ostre, lub zdradliwe, z drugiej cieple i chlonne... Ale nawet gdyby istniala niewielka tylko zbieznosc w doznaniach, to czy piekno odczuwanych przezyc prowadzilo by do pelniejszych ukojen? Czy moze tym trudniejsza byla by ich interpretacja, bardziej zawile lub zgubne rozwiazania? |
Owszem... zdawal sobie doskonale sprawe, ze nie ma wyjscia z matni. Z nieustepliwym uporem walczyl z biala materia, ktora otaczala go wszechwladnie, odbierala poczucie stron swiata, czasu, pojecie pionu lub poziomu, a nawet odjela mu zdolnosc odrozniania przewinien od chwalebnych uczynkow. Slepa biel mgly dopelnial padajacy snieg, a piekielnie porywisty wiatr zlosliwie wciskal lodowaty pyl w najwezsze szpary ubrania. Otulony w puchowy kombinezon z trudem lapal oddech, ale bohatersko przeciwstawial sie zywiolowi. Poruszal sie na nartach w bialej przestrzeni o niewielkim promieniu, reszty swiata nie bylo, a moze ten swiat nie docieral do niego, nawet gdyby polegac mial na swiadectwie oczu i uszu? Kierowala nim gleboka pasja, jakis motyw nadrzedny - musial bezwzglednie osiagnac wybrany szczyt, swoja Piekna Pania. Znajdowal sie juz daleko od ludzkich siedlisk, - Kasprowego Wierchu i schroniska na Hali Gasienicowej, obecnie opustoszalych, odgrodzony mgielna zaslona, zimnem i sniegiem, zdany sam na siebie, malenki stwor w otchlani zywiolow. Czul sie dobrze w ich objeciach i nie przerazaly go wcale.
Andrzeja, swego szkolnego przyjaciela, u ktorego od lat mial urzadzona podgorska baze, a takze znajomych z ktorymi sie zegnal, zapewnil, ze udaje sie w Tatry Zachodnie, do Starorobocianskiej, pieknej doliny zwienczonej od poludnia gorska grania ktora rozdzielala polskie Tatry od slowackich. Przestrzegali go przed niebezpieczenstwem lawin, zwlaszcza teraz, przy fatalnej pogodzie, ale odpowiadal, ze niebezpieczenstwo nie czailo siew gorach. Wyplywalo ono z istnienia nie dajacych sie opanowac wielkich, ludzkich namietnosci. Tak!... Od dawna ekscytowaly go tamte strony, szczyt Starorobocianskiego Wierchu, Siwa Przelecz, lub Ornak, wielokrotnie zamierzal zdobyc je na nartach. Byly to czarowne okolice obfitujace w niespodzianki... Gdziekolwiek sie zwrocic duzo bylo sniegu, krokusow i zapachow do wdychania. Wiedzieli o tym wloczacy sie bez celu i troski o czas ci wspaniali narciarze tatrzanscy, bywalcy tajemnego domu schadzek, schroniska w pobliskiej hali Pysznej, legendy owych lat. Po opuszczeniu swojej podgorskiej bazy, z nieokreslonego powodu zmienil jednak zamiar i udal sie tutaj. Mial wrazenie, ze wiele rzeczy dzieje sie na opak nie tylko w zyciu codziennym, ale nawet tu, w gorach; potoki plynely w przeciwnym kierunku i ze czas sie zatrzymal, a dzien stawal sie noca...
Podazal od dawna znanym sobie szlakiem, ktory przywodzil wspomnienia beztroskich szkolnych dni, przez Jaworzynke, na Hale Gasienicowa i dalej... Wowczas prawie co niedziele wspolnie, dorosli z mlodzieza, wylegiwali sie w poblizu szalasow u wylotu doliny, lub brneli po kostki w plytkim potoku. Dora, pies sasiadow, uganial sie po polanie, potrzasal swym smuklym cielskiem, dzwonil obroza, naszczekiwal przyjacielsko dopominajac sie o pieszczoty, i wtedy on zrywal sie pelen radosci, radujac sie wszystkim, wszystkim. Tak minela niejedna niedziela. Jakze odlegle, piekne i nierealne byly to czasy. Pamietal beztroskie, rozesmiane twarze ktore go otaczaly i plany jakie snuli na przyszlosc gdy dorosna. Wspomnienie owego czasu ciagnelo sie za nim jak zanikajace echo wielkiej, slodkiej melodii i szkolna kolezanka jawila sie spiewajac. Coz... obecnie nikt, z wyjatkiem nielicznego grona najblizszej rodziny, nie jest swiadom istnienia tych ludzi, a on byl ostatnim zyjacym swiadkiem pamietnych spotkan i czasu ktory przeminal. Jedynie martwe skaly, wanty i szalasy, trwaly niewzruszenie na swoich miejscach u wylotu doliny. Jak dawniej, przed czterdziestu laty.
Byl dobrze przygotowany na wyprawe. Poprzedniego wieczoru zrobil dokladny przeglad swego dobytku, cala logistyke sprzetu narciarskiego, rachunek sumienia wedrownika. Jak zwykle wybral jedynie niezbedny sprzet; narty turystyczne, spiwor alpejski - swoja kamizelke ratunkowa gdyby w wyniku nieprzewidzianych okolicznosci zatracil sie gdzies w gorach, rakietki sygnalizacyjne, foki, raki i nieco innych drobiazgow ktore zawsze nosil w plecaku. Caly, bogaty asortyment nart i sprzetu jaki mu od lat sluzyl do uprawiania zapasow z gorami pozbyl sie duzo wczesniej, moze na tydzien lub dwa przed wyprawa. Ostatniej nocy spal spokojnie, myslal o Annie i nic go nie gnebilo. Podejmowal wyprawe nad ktora przemysliwal od dawna, roku conajmniej, lub dwu, pragnal jej goraco. Bylo to rozwiazanie. Przemyslal, wszystkie szczegoly, zanalizowal sytuacje, ryzyko niepowodzenia skalkulowal w oparciu o swoje dlugoletnie doswiadczenie wygi narciarskiego, a wiec powodzenie wyprawy bylo zapewnione. Zla pogoda mogla jedynie utrudnic wykonanie jego planu, ale z drugiej strony, kto wie, moze to i lepiej, ze... Jakies mysli niespokojne tlukly mu sie po glowie. Nie, nie mial powodu do obaw, otoczenie gor, jak zawsze bylo mu przychylne, wprawialo w podniosly stan ducha, wiec nie myslal o sprawach potocznych pozostawionych w dolinie. Na uwadze mial tylko wykonanie zadania, ktore go oczekiwalo, zasadniczej sprawy, a mysl jedynie przelotnie wracala ku Annie. Poznal ja przypadkowo i gdyby nie ow przypadek, nie postalaby nigdy w jego myslach, nigdy, ani na chwile.
Musial wpierw osiagnac gran biegnaca od Gasienicowej do Niebieskiej Turni. Przejscie na nartach z Karczmiska pod Swinice, w poblize sanktuarium przyrody, jak w skrytosci ducha nazywal ow skalny amfiteatr wokol Dlugiego Stawu, pomimo niesprzyjajacej pogody, nie nastreczalo wiekszych trudnosci. Kierowal sie wedlug wskazan przyrzadow; altimetru i kompasu. Natomiast dobra rozgrzewke sprawilo mu podejscie stromym, Swinickim Zlebem az na przelecz. Zmudna, nieustannie grozaca niekontrolowanym zjazdem wspinaczka po sniegu stwardnialym na beton, trwala chyba ze dwie godziny, ale na szczescie mial juz zleb poza soba, jak rowniez pierwsze sto metrow wzniesiena na stokach Swinicy. Wicher dwieczal jakby diably wykonywaly guslarski taniec, to ujadal niczym wilkolak, zmieniajac kierunki z lewa na prawo, aby co jakis czas zdradziecko uderzac go w plecy. Kulil sie wowczas pokornie, przyginal i zastygal w bezruchu, przyssany do stoku. Ale juz oddalal sie od granicy, poludniowym stokiem trawersowal wypelnione sniegiem gleboko wciete, waskie zleby, jak korona obramowane po obu stronach sterczacymi z pod sniegu glazami. Na szczescie mgla zelzala i widocznosc sie poprawiala. Co jakis czas dpoczywal, sniegiem gasil pragnienie i znowu ponawial wspinaczke. Narty - genialny wynalazek prymitywnego czlowieka byly nieocenione. Nie pierwszy raz dziwil sie im i podziwial te dwie proste deski. Pozwalaly pokonywac sniegi glebokie po pas, dowolne zbocza i knieje, porozumiewac sie bezblednie z gorami.
Byla mniej wiecej czwarta po poludniu, gdy znalazl sie o sto metrow od szczytu, w waskim zlebie, z jednej tylko strony otoczonym skalami, podczas gdy przeciwna krawedz zawijala sie faliscie w szeroka, rownolegle spadajaca w dol, rynne. Preferowal ekspresje poprzez zawiadywanie ryzykiem. Owszem, chcial uniknac upadku z lawina z tej wysokosci, dlatego trzymal sie pobrzeza skal. Trwaly one nieporuszone jak maska, szaro - biale, ciezkie jak zamkniete wrota wiezienia. Mozolnie szatkowal juz od dluzszego czasu, w znoju wyciskal swoj ciezar ku gorze, gdyz wstega gladkiego sniegu biegnaca od samego szczytu az hen, na dno zasnutej Doliny Cichej byla zbyt waska do trawersowania. Niosl swoj ciezar sam bez swiadkow, gdzies na mapie snieznej pustyni, a jedynym przyjacielem byly mu gory i wielka samotnosc. Nawet tropow zwierzat nie napotkal. Ostatni odcinek pokonywal z nartami na plecach, chwytajac sie czekana i wystajacych z pod sniegu glazow. Snieg byl tutaj rozmiekly, kazdorazowe zrobienie kroku zamienialo raki u stop w przyslowiowe kule u nogi. Mogly go latwo sciagnac do podnoza gor i pokrzyzowac jego gornolotne zamiary. Przed ponownym zaglebieniem nogi musial pozbyc sie tych zbitych snieznych bul. Robil to systematycznie - wyjmowal noge ze sniegu, uderzal czekanem o but, wznosil sie o krok i znowu zaglebial czekan... Byla to mozolna i meczaca wspinaczka, serce lomotalo mu z wysilku, ale w koncu stanal na grani, szczycie swiata. Odetchnal i rozgladnal sie dookola.
Ostra krawedzia olbrzymiego, poszczerbionego noza rozcinala dwie a wlasciwie trzy tatrzanskie doliny: Gasienicowa, Cicha i Pieciu Stawow. Olowiane chmury rozsunely sie nad nim i blekitne niebo pozdrawialo go swoim urokiem. Korona rozmaitych szczytow w oddali, Cichego Wierchu, Liptowskich Murow, Krywania... siegala chmur, ktore odsuniete niewidzialna moca trwaly w poblizu jak gdyby oczekujac na sposobna chwile odwetu. Na przeciwleglych zboczach wachlarzowatymi bruzdami odcinaly sie lawiniska, a wzdluz Doliny Cichej, prawie az po sama przelecz Tomanowa smreki, miljony smrekow rozdzielone transzeja biegnacego na dnie potoku, staly jak dwie olbrzymie armie granatowych zolnierzy oczekujacych na sygnal do natarcia. Na szczescie wiatr ustal i jedynie chwilami zrywal sie, uderzal z nienacka i zaraz cichnal. Siedzial okrakiem na wystajacej z pod sniegu skalnej wancie niczym w wielbladzim garbie i z trudem lapal oddech. W kalejdoskopie pamieci szybko przebiegl wazniejsze wydarzenia swego zycia. Z pedanteria i pietyzmem pozalatwial sprawy biezace, ale najwiecej czasu poswiecil jej, Annie, swojej dziewczynie z ktora zwiazal sie przed czterema laty. Widzial ja wyraznie, zielonooka, smukla blondynke, o dobrym spojrzeniu. Zakochali sie w sobie bez pamieci, a scislej we wlasnych gl osach, przy pierwszej rozmowie telefonicznej, nie widzac sie nigdy przedtem, w oparciu o zmysl sluchu jedynie. Jak para slepcow zapewne. Tak, byla to prawda. Uspiona prawda, ktora objawila sie im namacalnie dopiero kilka lat poniej, gdy g l o s zostal dopelniony s p o j r z e n i e m i gdy z zalazka milosci zakielkowalo wybuchem uczucie. Wowczas zatracili sie w sobie z zajadlym zapamietaniem, fanatycznym wprost oddaniem, nie zwazajac na konsekwencje... Z zadumy wyrwalo go krakanie czarnego kruka, ktory smiele poszybowal nad skalna otchlania. Pozostawil ciazacy mu plecak z dobytkiem na grani, okopal go w sniegu, zabezpieczyl aby nie spadl. Koloru czerwonego, niemy towarzysz wszystkich jego wypraw, byl dobrze widoczny i latwy do odnalezienia - drogowskaz i swiadek ludzkiej tutaj bytnosci. Slonce na powrot krylo sie za chmury zabierajac ze soba kolory i cienie. Blada, monotonna poswiata pokryla calunem okolice. Zalozyl narty i ruszyl dalej w strone Gasienicowej Turni, powoli zblizal sie do upragnionego celu. Waski skalny zrab, na ktorym pietrzyly sie sniezne nawisy wil sie jak waz, prowadzac przepascistymi partiami az do Niebieskiej Turni, jego Pieknej Pani. Znal te gory z poprzednich wypraw, byl z nimi za pan brat. Znal esowaty przesmyk, gdzies tu w poblizu pomiedzy Swinica a Gasienicowa Turnia, ktorym przy obfitych sniegach mozna bylo zjechac, byl tego pewien, z samej grani do podnoza Gasienicowej Turni, bez narazenia sie na rozbicie o skaly, przesmyk widoczny z amfiteatru, od strony scian zamykajacych Kociol Gasienicowy, ale nie tedy prowadzila jego trasa. Przeciwnie, nie chcial czynic sam sobie niespodzianki, nieopatrznie lamiac reke lub rozbijajac nos. Posuwal sie z wielka ostroznoscia samym ostrzem szczytu. Bez plecaka bylo mu znacznie lzej lawirowac wsrod skalnej stromizny i lzej na duszy, gdy tak przywodzil na mysl najwspanialsze chwile wspolnie spedzone. Dalsze przejscie nie bylo mozliwe na nartach i wymagalo szczegolnej uwagi.
Byl przekonany, ze czyni dobrze. Jakze mogl pozostac obojetny na fakt, ze oddala mu sie calkowicie i bez ograniczen. Nie stawiala warunkow, ani niczego od niego nie oczekiwala, a meza byla gotowa wyrzec sie, wnoszac mu dzieci jako wiano. Nie mogl pozostac obojetny na jej wyznanie, zobowiazujace wyznanie: gdyby przed kilkunastu laty nadprzyrodzonym zrzadzeniem losu bylo jej dane przewidziec ze sie spotkaja, nie wychodzila by za maz. Cierpliwie oczekiwala by na niego! Ktory mezczyzna umialby sie oprzec takiej spojnosci szlachetnej wiary z ofiarowaniem. A jej piekne, asksamitne cialo, zmyslowy urok ktory ja otaczal i fakt, ze sie idealnie uzupelniali. Tak, niewatpliwie byli wybrancami losu, nalezalo zazdroscic im szczescia. Zastanawiali sie nad wzajemnym zauroczeniem wielokrotnie... ale drogi milosci pelne sa kwiatow i krwi, kwiatow i krwi...
Odpial narty, i po chwili mocno wyrzucil je przed siebie - jedna na strone Kotla Gasienicowego, a druga do Doliny Cichej. Tylko ta druga widzial jak smignela w dol po snieznym stoku, aby wielokrotnie jak pilka odbijac sie od skal ponizej, dzwoniac zalosnie az w koncu nagle zamilkla i jedynie echo trwalo przez chwile w powietrzu. Jej drzenie, skulonej, w chwili pozegnania, gdy odjezdzal na wiele miesiecy i pozostawial na pastwe losu w rekach niekochanego meza. Na jej twarzy pojawial sie wowczas wyraz okropnego opuszczenia... Czyzby zrobil fatalna pomylke? Byl tak blisko Szczescia, otarl sie o nie, tym trudniej pogodzic sie z obledna mysla, ze wyslizgnelo mu sie z rak. Ale nie byl w stanie nic zaradzic. Nie rozumial dlaczego znalazl sie poza nawiasem spoleczenstwa, na marginesie zycia.... co z tego, ze kiedys odnosil sukcesy. Ot, zawiodl sie na zyciu. Ale nie rozstrzasajmy spraw osobistych, powrocmy na ziemie, a raczej na podniebna gran, gdyz zblizal sie do upragnionego celu ktory go nieodparcie pociagal.
Niebawem byl u jego progu. Nadchodzil wydumany przez niego moment. Stal nieruchomo przez chwile spogladajac w strone Koscielca, biel i szarosc panowaly niepodzielnie i obco... Jedynie Piekna Pani zdawala sie go w pelni rozumiec. Roztaczala swoj skalny majestat w pelnej krasie, groznymi krzesanicami czarujac i kuszac go. Wpatrywal sie w nia przenikliwie i nagle zrozumial, ze nie byla taka zimna ani taka ostra jak mu sie wydawalo. Jej cieplo splywalo na niego, stopniowo otulalo go coraz szczelniej puszystym plaszczem. Bylo cos wzruszajacego w jej wygladzie, zielonkawo-szare zalomy usmiechaly sie do niego a w tym usmiechu skalne bruzdy wygladzaly sie i nabieraly gladkosci. Gleboko wciagnal rzeskie, gorskie powietrze, zachlysnal sie nim w upojeniu. Dojrzal dwoje oczu, dwoje zielonych oczu, ktore mowily mu, ze na zawsze beda nalezec do siebie. Przesunal sie na sniezny nawis, usilujac spojrzec poza skalna przepasc, najwidoczniej w poszukiwaniu utraconej narty, a moze chcial dac znak swojej Pieknej Panii, jeszcze jeden maly krok do przodu, gdy nagle dolecial go WWWwwwu! gluchy pomruk, z nieokreslonego kierunku - to ostrzezenie od Boga lub diabla, ze snieg peka pod stopami. Ale juz runal wraz z nawisem, ktory blyskawicznie przemienil sie w sniezny oblok. W mgnieniu oka ogarnela go ciemnosc...
Po chwili cisza powrocila na swe miejsce a gory trwaly nieporuszone w odwiecznej zadumie.