Index: Cos dla Narciarzy
Powrot: Snieg Wiosenny
Lub: Jamnickie Stawki
Mglista Wyprawa
Wieslaw A. Zdaniewski
Poderwalem sie z pod Pieca z determinacja jak najszybszego dojscia do Kir.
Przed zagasnieciem ostatniej luny zdazylem zaopatrzyc sie w sekaty kij ktory mial mi zastapic
zmysl wzroku. Sciezka biegnaca rzadkim lasem dawala sie jako tako wyczuwac, a moja podpora
byla nieoceniona gdyz z trudem balansowalem na blotnistym gruncie. Slonce dawno juz zniknelo
poza wzgorzami. Cienie wydluzaly sie, napieraly, zelazna maska kladac sie nad lasem, dolina i
pobliskimi skalami a nawet zaczynaly obejmowac w swe posiadanie najwyzsze partie wierchow.
Wokol mnie brak zywego ducha.
|
Nie podejrzewalem, ze prawdziwa proba czeka mnie niebawem w lesie, ktory gestnial na zboczu,
odcinajac ostatnie przeblyski poswiaty. Jak niewidomy stapalem po omacku Ð reka z kijem sadujaca
podloze zludnie prowadzila mnie na przod. Kazdy krok przyprawial o zawrot glowy podobny temu jaki
odczuwamy przy niekontrolowanym staczaniu sie ze schodow. Bolaly mnie krzyze, stawy w kolanach
i stopach, a plecak bezlitosnie przyginal do ziemi. Staczajac sie bezwolnie w dol, co chwile
odpoczywalem. Mialem ochote rzucic sie w wykrot i przeczekac do switu (wilki ani inne diaski
nic mnie teraz nie obchodzily). Jednak wbrew sobie parlem do przodu. Wymachujac rekami i
wybaluszajac oczy, staralem sie przeniknac ciemnosci i rozpoznac kierunek wolny od zagradzajacych
mi droge drzew, konarow i glazow. To pokraczne gramolenie sie po omacku, co kilkanascie krokow
przerywane przysiadami, nie mialo konca. Wreszcie, bedac u kresu sil, odgadlem obecnosc plaskiej
doliny w sasiedztwie. Nie mylilem sie. Niebawem, po przekroczeniu Mietusiego Potoku, znalazlem
sie na skrzyzowaniu drog. Z nieopisana ulga zlozylem swoj dobytek a sam opadlem na pobliskie
ogrodzenie. Zwisajac w pol na brzuchu, z rekoma bezwladnie dyndajacymi z balustrady,
odpoczywalem...
- W sytuacji takiej znalazlem sie poniewaz od dawna przesladowalo mnie wspomnienie wycieczki z Kuznic przez Czerwone Wierchy do Doliny Koscieliskiej. Trase taka, pamietam to doskonale, z Kondratowej na Glowna Gran, a nastepnie schodzac z wytyczonego szlaku w gorne partie Wawozu Krakowskiego, przebylem w wesolej kompanii turystow prowadzonej przez przewodnika PTTK. Bylo to latem ktoregos roku 1954-55. Sposobna okazja nadarzyla sie dopiero w trakcie pobytu w Warszawie, u schylku jesieni w 1990 roku. Nie mogac doczekac sie momentu gdy bedzie mozna wyruszyc na trasy narciarskie, pewnego dnia postanowilem dokonac otwarcia sezonu zimowego. Wlasnie na tymze szlaku.
Gdy w listopadowa sobote zawitalem do Zakopanego wyekwipowany w spiwor, namiot alpejski, zapasowe buty i inny sprzet, sloneczna pogoda zaczela sie pogarszac, ale pasmo chmur rozciagajace sie wzdluz skalnych szczytow nie docieralo poza polnocna sciane Giewontu, pozostawiajac doline Zakopanego w sloncu. Tuz po opuszczeniu autobusu spotkalem Staszka, szkolnego wiarusa, ktory wiozl deski do siebie na Zamoyskiego, wiec razno wskoczylem mu na woz. Powoli jadac dyskutowalismy troche o polityce, a troche o gorach i... wilkach. Okres byl goracy, w powietrzu wisiala odmiana niosac z soba niepewnosc. Zblizaly sie wybory prezydenckie, wilki grasowaly nie tylko w Tatrach ale i w Warszawie. Opowiadalem mu czym sie zajmuje w stolicy. Byl zwolennikiem Walesy na prezydenta. W trakcie krotkiej wizyty u przyjaciol, ktorzy rowniez byli zdania, ze Walesie nalezy sie prezydentura, sposobilem sie do drogi. Mialem zamiar przenocowac na trasie wiec nie bylo mi spieszno. Wszyscy zgodnie twierdzili, ze pogoda jest dobra; w powietrzu pachnialo wilgocia, a temperatura 15¡ C dawala zludne poczucie ciepla, totez zarzuciwszy lekka kurtke, raczej z przekory zabralem ze soba rekawiczki i ruszylem do Kuznic. Na Kasprowym stanalem w poludnie.
Ruch byl tutaj niewielki. Bylo ponizej zera, wokol klebily sie chmury. Po skorygowaniu wskazan altimetru z wysokoscia odpowiadajaca polozeniu stacji i zameldowaniu sie w GOPRze, skierowalem sie dobrze mi znanym szlakiem pomiedzy dolinami Cicha i Goryczkowa, na Posredni Goryczkowy. Widocznosc nie przekraczala kilkudziesieciu metrow, a wiatr poganial z rzadka unoszace sie puszki sniegu. Mgla ktora nadciagnela od poludnia okryla ukochane przez turystow gory. Zniknela Swinica, nieprzebrana otchlan zwalila sie z niebios i pochlonela Doline Gasienicowa, okoliczne szczyty a nawet obserwatorium usytuowane na Gorze Narciarzy. Dolina Cicha, wielka dolina zniknela jak gdyby nigdy nie istniala. Wszystko ogarnela jednostajna pomroka - jednak nie myslalem o odwrocie. W tych warunkach wysokosciomerz Thommen ktory przezornie zabralem okazal sie nieoceniony. W oparciu o mape pozwalal na precyzyjne oznaczenie polozenia w terenie, pomimo braku jakichkolwiek punktow odniesienia. Miarowo stapajac w mleku, to w gore, to znowu schodzac w dol, szlakiem, ktory chwilami biegnie po Slowackiej, to po Polskiej stronie, z wolna mijalem kepy kosodrzewiny oraz kolejne slupki graniczne. Wygodnie dopasowany plecak falowal w takt marszu, a panujacy chlod chronil mnie przed przegrzaniem. Widokow na trasie nie bylo, wiec poczucie czasu zamarlo. Dopiero po dojsciu do Suchych Czubow monotonie urozmaicily pojawiajace sie, to znow znikajace kominy skalne i strome, niczym kadzie wypelnione sklebionymi oparami, bezdenne zleby. Spadajac w ktorys z nich, a sciezka biegnie tuz przy samej grani, mozna sobie bolesnie przetracic gonady, czyli jak mawiaja gorale - mocno stuknac sie w zyc. Mialem sie wiec na bacznosci. Uparcie dazac do przodu co jakis czas kontrolowalem swoje polozenie z mapa usilujac wyobraznia uzupelniac zmysl wzroku.
W nieprzeniknionej mgle, sledzac powoli przesuwajaca sie sciezke pod nogami, mijalem Doline Kondratowa, nastepnie Kope Kondracka i jedynie wysokosciomierz systematycznie odnotowywal teren; 1860m... 2005m... 1930m... Umiarkowany chlod byl pozadany w forsownym marszu, ale przy podchodzeniu na Malolaczniak (prawie 2100m) warunki pogorszyly sie niebezpiecznie; temperatura spadla do minus 7 stopni, porywisty wiatr nieustannie mnie szarpal nie dajac wytchnienia. Od przewiania do szpiku kosci chronil mnie plecak, jednak przenikliwe zimno zezwalalo conajwyzej na pieciominutowy odpoczynek. Po stronie nawietrznej bylem calkowicie oszroniony; oblodzone okulary dawno staly sie bezuzyteczne, a ograniczona widocznosc i niewyrazny szlak nie pozwalaly na oderwanie karku od ziemi. Uparcie posuwalem sie jednak naprzod. Nieoczekiwanie na Malolaczniaku pojawily sie dwie oszronione zjawy; stukajac czekanami o skaly powoli zmierzaly ku Dolinie Kondratowej. Zjawy owe przestrzegly mnie przed zmyleniem szlaku, ktory na rozlozystym wierchu jest trudny do rozpoznania i poganiane wiatrem rozmyly sie we mgle.
Rozlegle stoki Malolaczniaka, w slonecznej pogodzie sympatyczne baluchy, doskonale nadaja sie do biwakowania i tutaj nalezaloby zakonczyc pierwszy etap wedrowki. Mimo wszystko, nie chcac skostniec w niesprawdzonym dotychczas sprzecie, odstapilem od tego zamiaru. Upewniwszy sie, ze jestem w polowie drogi pomiedzy Kasprowym a Kirami przyspieszylem kroku Ð stad juz nie bylo odwrotu, a sprawy warszawskie, prezydenckie wybory i wszelkie inne problemy tu na podniebnej grani, stawaly sie abstrakcyjnymi pojeciami. Koncentrowalem sie na jednym - umiejetnosci dotarcia do celu mej wedrowki. Poruszalem sie w innej rzeczywistosci, w jakiejs szarej plazmie osaczajacej mnie z wszech stron, bez konca i bez poczatku. Jedynie moje nogi swiadczyly, ze sie nie myle, ze stoje na ziemi, a wrazenie to potwierdzalo kilka metrow blado wygladajacego gruntu dookola, ktory, gdy przebieralem nogami, zmienial swoj wyglad. Reszte uzupelniala wyobraznia i wskazowka altimetru... Nagle stwierdzilem ze, pomimo przestrogi, nie jestem na szlaku. Jezeli nie chcialem w tym diabelskim mlynie szczeznac musialem czempredzej szlak odnalezc! Spokojnie, bez paniki, weszac jak pies, podazalem napowrot do miejsca gdzie sie urywal. Niebawem szczesliwie odnalazlem sie na wlasciwej drodze, ktora nieokreslonym zakolem odbijala na poludniowy zachod. Doswiadczenie? Nie Ð po prostu w pore otrzymane nauki. W wyobrazni przywolywalem teraz przytulne, zielone wzgorza, ktore utkwily w mej pamieci w trakcie pierwszej bytnosci na Wierchach. Obraz ten nakladal sie na bezbarwna mgle i umilal mi wedrowke. Ostrzezenie owego przewodnika aby pod zadnym pozorem nie schodzic na skroty do Doliny Litworowej lub Mulowej bylo szczegolnie cenne. Pozornie lagodne zbocza stanowia pulapke Ð niepostrzezenie przybieraja na stromizmie konczac sie przepascia.
Szczyt Ciemniaka osiagnalem przed godzina czwarta. Ku memu zdziwieniu dzien zdawal sie byc wyjatkowo dlugi Ð pozornie nic nie wskazywalo na zblizanie sie zmroku. Polozenie slonca bylo nieokreslone, jednostajny blask jak plazma rozplywal sie po okolicy. To wszechotaczajaca mgla rozpraszala promienie na wzor zorzy przesaczajace sie z chmur. Jedynie niskie polozenie tej swietlnej fatamorgany nad horyzontem napawalo niepokojem wskazujac na bliski zmierzch. Nie ustawalem wiec w marszu. Wawoz Krakowski Ð owo sanktuarium zagadkowe i niesamowite, pelne tajemniczych spadow, niedocieczonych zalomow, pokretnych alej, framug, zwisow, parowow i zaskakujacych dziwow, postanowilem ominac. W tej sytuacji jedynym rozsadnym wyborem byl biegnacy przez Twardy Uplaz szlak na Kiry.
W miare schodzenia, trawiaste zbocze stopniowo ustepowalo miejsca zwalom kamieni wsrod ktorych tu i owdzie majaczyly tyczki wskazujace droge. Szedlem teraz jakby kamienna transzeja zygzykami opadajaca w dol. Powoli, krok za krokiem, z kamienia na kamien aby nie stracic rownowagi, gdy moja uwage przyciagnal dziwny przedmiot w oddali. Skrzydlaty, czarny ksztalt, pojawil sie i zniknal. Cos przelecialo we mgle, a moze bylo to tylko zludzenie? Ale ow ksztalt to napieral to zanikal. Niebawem zagadka rozwiala sie wraz z mgla. Na moment blekitne niebo oswietlilo stok wyroslej przede mna Chudej Turni Ð byl pokryty zczerniala kosodrzewina. To nie gora ulatywala w przestrzeni lecz mgla! Wkrotce wylonily sie rozlegle trawiaste zbocza, poszycie Czerwonych Wierchow, o tej porze roku w intensywnym, pomaranczowym zabarwieniu, wspaniale kontrastujace z przytlumiona zielenia lasow w dolinie i blekitem nieba rozpietym na przestrzal, hen az po dal nieokreslona.
Zmeczenie poczelo mi sie dawac we znaki, ale pomimo ocieplenia nie stac mnie bylo na luksus spoczynku. Wszedzie panoszyly sie wilgoc, woda i bloto. Slonce najwyrazniej chylilo sie ku zachodowi. W tej sytuacji nalezalo rozgladac sie za noclegiem. W desperacji usilowalem czempredzej minac polacie kosodrzewiny i dojsc przynajmniej do podnoza lasu. Zmierzalem do miejsca oznaczonego na mapie jako Piec, gdy nagle zobaczylem rozpostarte dwa brezentowe namioty. Uradowlem sie, ze oto wkrotce bede na biwaku. Niestety, kolejna fatamorgana, namioty okazaly sie martwymi brylami kamieni. Wokol pustkowie, ani sladu zywej duszy, jedynie cienie drzew i skal stawaly sie coraz dluzsze i zaczynaly tajemniczo a bezwzglednie obejmowac w swoje posiadanie stoki gor daleko, az po horyzont. Przede mna w dole rozposcieraly sie Koscieliska, poza mna pozostalo pasmo spietrzonych gor. Byla godzina 5-ta.
Usiadlszy pod Piecem pozwolilem sobie na nieco dluzszy odpoczynek. Miejsce wybornie nadawalo sie na nocleg, ale zapadajace ciemnosci potegowaly uczucie niepewnosci. Przypomnia wszy sobie opowiadania Staszka o grasujacych wilkach nie bylem pewien czy ktorys z tych czworonogow nie zechce mnie w czasie snu powachac. Zanikajace ostatnie promienie slonca, szum wiatru w wyginajacych sie konarach, ciemnosc podstepnie wylaniajaca sie zza kazdego krzaka, a takze swiadomosc bliskiego celu mej wedrowki, wszystko to razem powodowalo, ze nawiedzila mnie chec ucieczki w poblize ludzkich siedlisk. Przede mna byl las, a na jego koncu... balustrada na ktorej wlasnie odpoczywalem.
- Czas jednak aby zakonczyc wedrowke. W oddali tlilo sie swiatelko na Kirach. Chociaz stapanie po plaskiej drodze bylo prawdziwym luksusem, tym niemniej nie bylem w stanie zachowac prostego kierunku. Niczym goral powracajacy z trzydniowego wesela zataczalem sie z jednego skraju drogi na drugi, usilujac utrzymac sie na nogach. Nareszcie, po przebyciu ostatnich dwoch kilometrow bylem u celu wedrowki. Byla mniej wiecej siodma wieczorem. Ð Dokonalem otwarcia zimowego sezonu w Tatrach! Upor wynagradza! §
Uwagi, Rady i Zasady
Dlugosc opisanej trasy z Kasprowego Wierchu na Kiry wynosi okolo 15 km, przy maksymalnej
roznicy poziomow wzgledem Kir 1200m. Czas trwania 6 godzin, w tym 3,5 godziny zajal przemarsz
we mgle a 2 godziny w ciemnosciach. Roztaczajace sie z Czerwonych Wierchow, przy dobrej pogodzie
, panoramiczne widoki, uatrakcyjniaja wycieczke. Trasa biegnie stosunkowo lagodnymi grzbietami,
totez nawet niezbyt wprawni w turystyce wysokogorskiej, ale wytrzymali turysci, moga ja
wzglednie bezpiecznie przebyc. Bezwzglednie natomiast nalezy zawczasu zaznajomic sie z trasa,
ocenic stopien ryzyka i byc przygotowanym na niespodzianki pogodowe. Odcinek KW - przelecz
Kondracka mozna uwazac za bezpieczny, natomiast od Kopy Kondrackiej wzdluz pasma CzW
rozciaga sie mikroklimat charakteryzujacy sie zimnymi, huraganowymi wiatrami wiejacymi od
Jaworowego Zlebu. W opisanym przypadku temperatura w Zakopanym wynosila +15 stopni C, na
Kasprowym -3 a na Czerwonych Wierchach -7, dajac roznice temperatur 22 stopni. Wiatr i deszcz
polaczone z dezorientacja moga miec fatalne skutki dla nierozwaznych, gdyz na trasie brak jest
schronisk, a schodzenie na skroty w kierunku Zakopanego grozi smiercia z uwagi na przepasciste
urwiska. Jedyny szalas na trasie znajduje sie w lesie ponizej Pieca.
W 1989 r. na Czerwonych
Wierchach zamarzlo 5-ciu studentow, w tym jeden zostal znaleziony w poblizu shcroniska na Hali
Kondratowej dokad nie bylo mu dane dotrzec. Wiele innych wypadkow odnotowaly kroniki. Tym
razem skonczylo sie zapaleniem oskrzeli. Wzmianka o wilkach nie jest pozbawiona uzasadnienia.
Dnia 18 kwietnia 94, przebywajac na nartach identyczna trase do opisanej, powital mnie na
Ciemniaku, machajac wspaniala kita, wilk. Jednak blizszej znajomosci nie zawarlismy. Moze
przy nastepnej okazji?
|
© Wieslaw A. Zdaniewski © 1994 Harrison. NJ
Index: Cos dla Narciarzy
Powrot: Snieg Wiosenny
Lub: Jamnickie Stawki
Gora:Top
|