Index: Cos dla Narciarzy
Powrot: Gwiazdka u Boku Spiacego Rycerza
Lub: Mglista Wyprawa
Snieg Wiosenny
Wieslaw A. Zdaniewski
Zima w Tatrach byla tego roku wyjatkowo nieustepliwa, przyszla pozno, dopiero w drugiej
polowie marca, ale za to, z moca przeogromna jakiej nie widziano od blisko piecdziesieciu lat.
Sniegu przybywalo codziennie az do konca kwietnia, wiec Swieta Wielkanocne byly przybrane na
bialo, jak na Boze Narodzenie i jedynie dlugi, jasny dzien pelen swiergotu ptakow, swiadczyl, ze
wiosna oczekuje w przedsionku. Teraz byl wesoly maj, a pokrywa sniezna wciaz jeszcze w gorach
wynosila trzy metry grubosci.
|
Artek odbyl juz kilkanascie narciarskich eskapad w dzikie rejony Tatr; lazil w odlegle doliny,
wspinal sie na szczyty i wiele zjazdow zaliczyl na utartych szlakach. Dzieki temu znacznie poprawil
swoja kondycje. Dopiero teraz czul sie rozluzniony, zwlaszcza po przedwczorajszej meczacej, lecz
pieknej wspinaczce narciarskiej na Swinice, w palacych promieniach slonca. Na dlugo popamieta majowe
opalanie sie bez kremu, wysoko na stokach Swinicy. Na razie nosil niegroznie zbrazowiona twarz, bo
opalenizna dopiero nabrzmiewala.
Wyjezdzajac wczesnym rankiem wyciagiem krzeselkowym z Hali
Goryczkowej stwierdzil dwa istotne fakty; znikoma liczbe narciarzy o poranku, oraz to, ze snieg dlugo
jeszcze w dzien lezal sciety nocna kostucha.... Wspaniale! Los usmiechnal sie do niego. Na zakonczenie
sezonu bedzie mogl poszalec na nartach jak na prawdziwym biegu zjazdowym. To bylo to co w
narciarstwie najbardziej kochal - karkolomna szybkosc z jaka mozna przelatywac po snieznych
stokach.
W Kuznicach tloczyl sie niesforny, kilkuset osobowy, kolorowy tlum narciarzy, ktorzy przyjechawszy
do Zakopanego na dlugi weekend, usilowali zforsowac kamienny bastion, stacje kolejki linowej i szturmem
wziasc ja w posiadanie, ale wlasnie przedwczoraj Artek odkryl uroki marszu przez las,
wzdluz nartostrady na hale do wyciagu, z nartami i ekwipunkiem na plecach. Wiele chodzil po gorach i
znal tutejsze szlaki, ale nigdy dotad nie szedl ta waska drozka biegnaca ponad nartostrada, przez
swierkowy las. Blisko jednogodzinny marsz z obciazeniem, w przygodnej grupie narciarzy, stanowil
swietna rozgrzewke, dzieki ktorej na szczycie Kasprowego stawal od razu w odpowiedniej formie,
gotowy do zjazdu. Oszczedzal w ten sposob dwie, moze nawet trzy godziny slamazarnej jazdy dla
cwiczenia i rozluznienia miesni.
Juz siedzial w siodelku i obserwowal trase. Jak okiem siegnac gory lsnily sniegiem, jedynie tu i
owdzie, niewielkie partie zrebow ostrych lub kosowki, te najbardziej podatne na promieniowanie slonca
zalomy stokow, wylamywaly sie kolorem zieleni lub szarosci z jednostajnej bieli hal. Kolejka powoli
wznosila sie i wyprowadzala na grzbiet spietrzonej wynioslosci; w ciszy godzin porannych rozwieraly
sie niedawno przebudzone promieniami slonca regle. Caly ten jasny, pelen dostojenstwa krajobraz plynal
sam w sobie, przesuwal sie mimo siebie, jak klebiaste cumulusy spietrzone kedys na blekicie nieba.
Stok pod krzeselkiem przyblizal sie to znowu uciekal w wieksze oddalenie, w zaleznosci od
uksztaltowania terenu pod stopami, ale gdzie nie spojrzec, snieg wszedzie robil wrazenie twardej
skorupy. Wyswiechtany wiatrem i wysmazony sloncem nie byl to firn, jak wiosna ubieglego roku,
ale zbita, twarda masa, na zime przybrane futro gor; w samym kotle doliny poprzecinana niezliczona
iloscia sladow nart, chropowata ale wystarczajaco wygladzona wiatrem i sloncem, nie pozwalajaca na
zaglebianie sie nart skorupa.
To bylo wlasnie to co uwielbial! Mial odpowiedni sprzet na lod, swoje 2,10 m Volkle, a miesnie nog
juz dobrze wzmocnione treningiem. Psychicznie odprezony, czul sie swietnie, wiedzial, ze jest w
odpowiedniej formie, pewien siebie, nie bal sie stoku ani niczego innego, a tu w gorach byl u siebie w
domu - moglby zeskoczyc na stok juz teraz i poszusowac w dol. Krzeselko powoli wznosilo sie nad
zboczem pozostawiajac w dole Myslenickie Turnie; kilkunastu zaledwie narciarzy pojawilo sie na calym
stoku, reszta obszaru stala pustka, zapraszajaca i kuszaca swoja rozlegla przestrzenia.
Nie spodziewal
sie, ze trasa bedzie ladnie wygladzona ratrakami. Falista wstega ubitego sniegu prowadzila ze stoku
Kasprowego spadajac od dolnej czesci trawersu z Zakosow do dna kotliny, tam skrecala w prawo, przez
szyjke pomiedzy stokami Kasprowego i Posredniego Wierchu, dalej falujac lagodnie rozwidlala sie na
bulach. Jedna jej odnoga, naciskana naporem poteznych mas gorskich, biegla wcisnieta w prawa strone
przesmyku prowadzac nizej, gdzie zakolem zawracajacym o 90 stopni na lewo wpadala na rozlegly stok
opadajacy juz do stacji wyciagu, zas dwie dalsze wstegi, w gornej jeszcze partii, odbijaly na lewo w
strone bul zblizonych do Doliny Swinskiej, biegnac az do padakow nieuzywanej trasy FIS II.
Artek stanal na szczycie gory. Na razie panowal tu spokoj. Roztaczal sie stad widok daleki na szeroko
rozlana doline Goryczkowa opadajaca falisto pobielonym korytem az do czerniejacego w dole lasu, na cala
korone podniebnie wybujalych szczytow dookolnych, tu ostro spietrzonych skalnymi turniami, owdzie zas
lagodnie rozlanych; na zygzakowata linie niebosklonu, szachownice szczytow i przeleczy ponakladanych na
siebie, coraz mniejszych i bledszych w miare odchodzenia ku niebieskiej i dymnej poswiacie horyzontu.
Powietrze bylo rzeskie, odurzajace... Artek czul przyspieszone bicie serca, ekscytacje przed proba, wiedzial,
ze tym razem podola, poleci na calego. Musial powstrzymywac sie aby przynajmniej pierwszy zjazd -
rekonesans warunkow na trasie potraktowac swobodnie, na luzie, z pewna doza ostroznosci. Wyczuje trase,
rodzaj sniegu i rozluzni miesnie.
Wyzwolony z krzeselka w pospiechu zapinal wiazania Langow i sposobil sie do zjazdu. Nie interesowal go
trawers ujezdzany na przedluzeniu koryta od wyciagu, lagodnie opadajacy ponizej grani, ktorym obnizano sie
do polowy wysokosci gory. Zjedzie bezposrednio w dol, widocznosc swietna, wiec wymiecione wiatrem
kamieniste wyspy, na stoku ponizej, ktore wylazily nieproszone, jak gdyby uragajac zakumulowanym masom
sniegu, nie stanowily zagrozenia.
Juz byl gotowy do startu, skoczyl skulony, tuz pod linami wyciagu w kierunku dawnej trasy FIS-I, narty
poniosly go od razu po lodzie, nogi zatrzesly jak sprezyny z hartowanej stali, pam! pam! pam! zatrzepotalo go
na pierwszych metrach w koleinach wyzlobionych przez snowboardy. Swietnie! byl zupelnie rozluzniony. W
skrecie wychylil sie mocno do przodu, zgrabnie polecial teraz zakosem w przeciwna strone, ku granicy, za
chwile zaczal skrecac waskimi zygzakami wprost w dol, aby po chwili rozpoczac nowy, dlugi skos na prawo;
z rekoma rozlozonymi jak skrzydla latawca, plynac po zboczu, obnizal sie falujac w przestrzeni; pol zartem,
pol serio lawirowal, zapoznajac sie ze sniegiem i warukami. Po calym ciele rozchodzilo sie cudowne uczucie
pedu i zeglowania w powietrzu. Byl w siodmym niebie! Niebawem zjezdzal na ostatnim luku.
II
Pierwszy zjazd przekonal go, ze ustoi przez cala trase, od szczytu Kasprowego, w poblize wyciagu w
dolinie, bez stawania dla zaczerpniecia tchu. Dopiero teraz, a mial je juz od pieciu lat, po raz pierwszy
wczul sie w te swoje nielubianej dlugosci Všlkle. Dotychczas nigdy mu nie lezaly przy zjazdach na miekkich
sniegach; mial swoje ulubione dlugosci nart: 198 cm do slalomu i 223 cm do biegu zjazdowego. Dopiero na
tym lodzie czulo sie ich brzytwe, trzymaly bez zarzutu, pewnie jak opoka.
Po dwudziestu minutach byl z powrotem u szczytu wyciagu. Sposobil sie teraz do prawdziwego zjazdu.
Wiedzial na co mozna sobie pozwolic na nieoznakowanej i nie idealnie wyrownanej trasie, przekonal sie kiedys
o tym, gdy jak kamikaze polecial szusem prosto wdol na zjazdowkach; nabrawszy zawrotnej szybkosci, poczul
tylko uderzenie i stracil przytomnosc. Zadnego poczucia wachniecia ani zagubienia rownowagi, ot po prostu
cos go z nienacka grzmotnelo w tyl glowy. Na szczescie jechal wtedy w kasku i szybko wrocil do
rzeczywistosci, moze po minucie lub dwoch wyjechal z ciemnosci w ktora sie zapadl, z powrotem w swiatlo
dnia. Zniszczyl wowczas narte z wlokna weglowego i polamal sobie zebra, poza tym wyszedl bez szwanku,
przeraziwszy jedynie widzow i narciarzy na stoku.
Teraz znal warunki na trasie i swoje mozliwosci Đ mial wyostrzone wszystkie zmysly. Jak chart rwacy
sie do polowania o maly wlos nie zerwie laÄcucha, tak Artek musial powstrzymywac sie aby nie runac prosto
w dol na zlamanie karku. Rozpierala go energia i pewnosc siebie. Czul sie jak gladiator na arenie, ktory
uzbrojony w kopie pokona kazdego stajacego mu na drodze wroga. Jego podniecenie roslo, nieokreslona pasja
wzbierala w nim w miare jak zblizal sie moment startu.
Napowrot zapial narty, oporzadzil stroj i powoli wciagal rekawice. Staral sie zachowac zimna krew.
Z uwaga rozgladal sie po okolicy, wpatrujac w kierunki zjazdow wybieranych przez innych narciarzy, nie
chcial zderzyc sie z nikim na trasie ani doswiadczyc niespodzianki. Postanowil pognac wprost z miejsca
gdzie stal, od wyciagu w dol; wpierw kilkoma ciasnymi skretami obnizy sie o kilkadziesiat metrow pomiedzy
kamieniami, nastepnie skosem w lewo dojedzie do glownej trasy spadajacej z trawersu, tam pogrzeje skulony
w kucki az do dna doliny, skreci wraz z korytem doliny w prawo i juz nie popusci, nie prostujac kolan, poleci
dalej, trzymajac sie prawej strony wpadnie we wstege na ktorej nie widuje sie narciarzy, potem dwiescie
metrow dalej dlugie zakole w lewo, wyniesie go na rozlegly stok i w dol do wyciagu, caly odcinek ze dwa
kilometry.
Byl gotow. Scisnal kijki, jeszcze ostatni gleboki wdech; wychylil sie mocno do przodu i... calym ciezarem
ciala zaatakowal stok. Jak na hustawce przechylil sie horyzont, nagle wszelki ruch zastygl na moment, jak
gdyby w tym zalomie skrzywionej linii horyzontu mial tak pozostac na zawsze wychylony w bezruchu, ale to
tylko zludzenie, spowolniona reakcja blednika rownowagi, gdy grunt usuwa sie spod nog, juz stok biala
blyskawica ulatywal poza nim.
Artek szybkimi, odwaznymi cieciami nart minal wyspy kamieni. Swist
sniegu zlobionego nartami ostro wibrowal w uszach, a do tego pa pa pam... sprezynowaly kolana na
zlodowacialych bruzdach, jechal nisko, na mocno ugietych nogach, bardzo czujnie i precyzyjnie wyczuwal
nierownosci terenu, amortyzowal je bezblednie miesniami; nabieral coraz wiekszej predkosci, az ped
powietrza zapieral mu dech. Przed oczyma mial tylko pozolcona szybkami gogli biel przelatujacej masy,
to uginal, to sprezyscie prostowal kolana, wszystkie zmysly wyostrzone, wysublimowane do granic, uwaga
skupiona, staral sie odgadywac sytuacje na trasie i uprzedzac fakty.
Byl w polowie stoku, teraz dlugim
skosem lecial w lewo, po chropowatej i nierownej zmarzlinie kierujac sie w strone wyjezdzonej szerokiej
trasy; tu musial zwolnic, aby bezpiecznie przeskoczyc zlodowacialy mur sniegu, ktory spietrzony ratrakami
znaczyl ich droge. Ale juz wjezdzal na narciarski gosciniec, rzucil sie teraz w kucki, kijki pod pachami
schowal za siebie, nisko siedzial na nartach, kierujac nadgarskami, jak pilot mysliwca wypatrywal
zablakanych narciarzy przed soba. Na szczescie bylo ich niewielu. Rozpedzal sie. Uwaznie wiodl deski na
kantach. Lagodnymi zwrotami ciala zataczal teraz dlugie, blyskawicznie przebywane, wezowate zakola;
nadgarstki dloni tuz przy policzkach, pedzil jak pocisk wystrzelony na narciarski stok. Swist nart tnacych
lod przypominal wsciekle ciecia szabla a wtorowal mu trzepot ubrania na wietrze. Nie byl to wlasciwie
dzwiek nart na sniegu, lecz lyzew na lodzie, wysoki, swidrujacy dzwiek ktoremu akompaniowal furkot
powiewajacej materii...
Juz dopadal dna doliny, tutaj na wszelki wypadek uniosl sie prostujac kolana aby byc gotowym do
gwaltownego w razie potrzeby hamowania Đ stok za zakretem nie byl widoczny. Zakret na prawo wzial
bardzo nisko, maksymalnie obnizajac swoj srodek ciezkosci, niemal tykajac reka sniegu i gdy tylko ujrzal
dalsza czesc trasy, wyrownal ciezar na nartach, skulil sie napowrot w piekielnym pedzie.
Juz przelatywal
niegrozne muldy amortyzujac ich wypuklosci i lecial dalej, po plaskim, ale oto wpada w przewiazke, snul sie
tam jakis narciarz samotny, wiec dla ostrzezenia skrzyknal z daleka -hej!-, -hej!- az zadudnilo echo. Nioslo
go ostro, nie calkiem pewnie panowal teraz nad nartami, nosilo mu deski nieco na boki, zaczynal odczuwac
jak zagotowuje mu sie krew w nogach, jak w omdlewajacym bolu tezeja lydki i uda, ale wytrwale trzymal
sie; zblizal sie do zakola, mocno opierajac sie na lewej nodze siedzial tuz przy sniegu gdy przelatywal ostry
skret w lewo. Jak z procy wylecial na rozlegly stok. Tutaj z ulga rozprostowal kolana, glebiej zaczerpnal
powietrza. Uff! Krew swobodniej krazyla w rozluzniajacych sie miesniach...
Zatrzymal sie nieco ponizej dyszac ze zmeczenia. Rozgladnal sie po otoczeniu. Na stoku przybywalo
narciarzy, prazylo majowe slonce powoli rozmiekczajac snieg. Z zadowoleniem wodzil oczyma po trasie,
ktora wlasnie przejechal.
Na Kasprowym czernilo sie teraz wiele malych punkcikow, coraz wiecej z nich
opadalo az tutaj, punkciki zblizajac sie rosly powoli w oczach i przeistaczaly sie w kolorowe kukly w pedzie
znikajace gdzies w terenie. No, nareszcie! zaspokoil swoj glod narciarza, przynajmniej ten najbardziej
dokuczliwy. Mogl teraz spokojnie oczekiwac do przyszlego sezonu. Chetnie pozostalby jeszcze pare dni w
Tatrach, mial tu przyjaciol, ale gnaly go obowiazki. Zal mu bylo rowniez, ze nie moze dojechac na Kondratowa,
trasa przez las, tamtedy zawsze zakanczal ostatni zjazd bo lubil posiedziec w schronisku przed powrotem do
miasta. Nie mial wyboru, pozegnalne spojrzenie powiodl po okolicy i zebral sie do wyciagu.
III
Cala polane wypelniali narciarze! Zblizalo sie poludnie, wiec i wielobarwna cizba ludzka otaczajaca
stacyjke stala zenitem. Juz zamierzal zjechac na nartostrade, gdy zobaczyl Anie, poznal ja w schronisku
na Kondratowej, zjezdzali razem z Kasprowego kilka tygodni temu we mgle i wietrze, ale z werwa, bawiac
sie setnie.
- O! dzien dobry, pogoda i snieg wspaniale, prawda? sezon dopisal narciarzom w tym roku - zawolala.
- Wlasnie, nie tak jak przed miesiacem gdy zdawalo sie, ze huragan zmiecie nas do doliny Cichej.
Postanowili napic sie czegos w szalasie. Oparli narty o sciane gospody, ktora swym skosnym dachem
przypominala goralskie szalasy. Dopiero po chwili przyzwyczaili oczy do panujacego wewnatrz mroku.
Na dlugich lawach siedzialo mnostwo turystow w porozpinanych, kolorowych strojach, z opalonymi
twarzami, wierne odbicie tych jezdzacych na stokach. W powietrzu krzyzowaly sie slowa emocji.
Ania i Artek zdjeli wiatrowki, zafundowali sobie zimny sok owocowy.
- Tak, zima dopisala nam w tym roku, to ja zamowilem snieg przed przyjazdem i zamowienie zostalo
przyjete! z duma chwalil sie Artek. - Zaczelo sypac dokladnie w dzien mojego ladowania na Okeciu,
dokladniej, wieczorem dwunastego marca, gdy wysiadalem z expresu na dworcu w Krakowie.
- W takim razie dziekuje w imieniu wszystkich narciarzy.
Rozesmieli sie.
- Wyjezdzilas karnet, ktory ci odstapilem gdy zamkneli wtedy wyciag?
- Zaraz nastepnego dnia, na szczescie obsludze wyciagow nie przyszlo do glowy aby ponownie
odeslac nas z kwitkiem.
- Niestety nie szanuja nas tutaj, ale gory piekne. A ty gdzie uczylas sie jazdy na nartach?
Jezdzisz jak zakopianka nie jak warszawianka.
Usmiechnela sie tajemniczo.
- W Tatrach oczywiscie, czesto tutaj przyjezdzam bo kocham narty.
- Tak jak ja? A ja nareszcie doszedlem do siebie, bo na poczatku sezonu padalem z wycienczenia, nigdy
dotychczas mi sie nie zdarzalo, aby bez powodu wywracac sie na nartach. Dopiero teraz stanalem na nogi,
po intensywnym treningu i gorskich wycieczkach. Juz bym sie nie dal wyprzedzic jak przed miesiacem.
- To swietnie, ale dzisiaj juz za pozno aby sie zmierzyc, a co? duzo chodziles po gorach?
- Przedwczoraj wybralem sie na moich turystykach do Pieciu Stawow przez Swinice...
- No wlasnie, wspominales o tym zamiarze i jak bylo?
![[Footnote]](foot.gif)
- Utknalem od strony Cichej, ze sto metrow pod drugim szczytem. Bylo juz po poludniu, snieg rozmiekly,
nie mialem sily aby dzwigac ze soba osiemnastokilogramowy ciezar. Prawde mowiac wolalem sie polenic
w promieniach slonca i wrocic do Murowanca na piwo, niz dusic sie z wysilku.
- Acha! zo to spotkala cie kara bo jestes niezle przypieczony.
- Niestety, to bezmyslnosc, wystawialem gebe nie pamietajac, ze leze tuz pod niebem. Zasypiam na
skale, otwieram oczy - leze nad urwiskiem. Widoki wspaniale, az sie w glowie krecilo, snieg tez cudowny,
chociaz chwilami strach bylo isc, pelno wachlarzy lawin na dookolnych stokach. Jedynie wracajac na
Swinickiej przeleczy grzmotnelo mnie zaraz na pierwszych metrach zlebu. Beton i szklo.
Artek pokazywal odarta skore na rece.

- Ojej! jaka wspaniala przygoda, dobrze, ze nic powaznego ci sie nie stalo.
- Ano dobrze. Kocham narciarstwo jezdzieckie, ale dopiero zimowe wyrypy przyblizaja gory. Na przyklad
przejscie na nartach z Pieciu Stawow na Hale Ornak, przez cala Doline Cicha. Wspaniala sprawa! Nie udalo
mi sie zrobic w tym roku, ale w przyszlym... Co? wybierzemy sie razem? - zapytal Artek.
- Nie wiem, pewnie chcialabym, ale nigdy nie chodzilam na takie wyprawy. O ile czas pozwoli, nigdy go
nie za duzo; mam szkole i rozne plany. Moze wyjade za Ocean.
- Tak? Ja wlasnie stamtad przybywam. C z a s... teraz czas wracac do domu i naporu zycia. Za pare dni
odlatuje, a wieczorem jade do Krakowa.
- Ja tez kocham gory, ale wracam jutro. Dzisiaj moj ostatni dzien na Kondratowej.
- Chcesz wracac?
- Nie - wyznala Ania.
- Ja tez nie.
Wyszli przed szalas. Przez chwile stali oslepieni. Zalozyli narty. Powoli zjezdzali ciasnym esem na
nartostrade; w ciemnym lesie bylo bialo i cicho, ale niebawem, tuz za pierwszym zakretem snieg sie
urywal. Stalo tutaj troche bractwa zmieniajacego obuwie. Kazdy w podnieceniu opowiadal swoje
dzisiejsze wrazenia. Dalsza droge chcac nie chcac trzeba bylo odbywac z nartami w reku.
- Niestety stad musimy juz isc na nogach, powiedzial Artek.
- Az szkoda ze wiosna idzie, chociaz ladne niesie zapachy...
Zabrali narty na ramiona i ruszyli rozmokla nartostrada. Przy dojsciu do Kalatowek rozchodzily sie
ich drogi. Ania wracala na Kondratowa, Artek podazal dalej. Rozstali sie przyrzekajac sobie ze moze
spotkaja sie za rok. Jezeli czas pozwoli...
W Kuznicach klebilo sie geste mrowie entuzjastow, przybywaly coraz to nowe zastepy spoznialskich;
kazdy chcial wyjechac na obiecana gore, dostac sie w ta sfere uprzywilejowania, gdzie zapomina sie o
codziennosci, przewietrza umysly i pluca. Artek zamyslil sie. Na chwile powrocil do przeszlosci, do
przedszkolnych czasow; pamietal tamtejsza zime, wtedy tez spadlo trzy i pol metra sniegu, mowilo sie
o tym w zaciszu rodzinnego ogniska. Jedynie ubiory, narty i taksowki byly teraz inne... Ludzie, gory i kolejka
byly wciaz te same. Jak gdyby czas stal w miejscu. §
Wieslaw A. Zdaniewski, 29.VII.1995 © Harrison, NJ. USA
Index: Cos dla Narciarzy
Powrot: Gwiazdka u Boku Spiacego Rycerza
Lub: Mglista Wyprawa
|