Index: Cos dla Narciarzy Powrot: Karkolomy


Tetniace Rozdroza

Wieslaw A. Zdaniewski





Uplynelo dopiero kilka dni od momentu kiedy Pawel przebyl Ocean wiec jeszcze nie zdazyl sie przyzwyczaic ze dzien i noc przypadaja o innych porach. Chociaz doskonale rozumial, ze czas jest wykladnia natury, tak wielka zmiana otoczenia, niezaleznie od zasadniczej przyjemnosci zawartej w istocie niespodzianek, zawsze wplywala na niego ambiwalentnie. Pospieszne zakupy, precyzyjne upychanie prezentow i drobiazgow w walizkach, sprawdzanie ostatnich detali, potem kolej podmiejska... krzatanina urzednikow... Zaskakujaca rutyna utwierdzona wielokrotnymi powtorzeniami.
Przybywal regularnie, raz lub dwa razy w roku, aby dopilnowac ojcowizny, odswiezyc kontakty oraz psychike - relaks niezbedny dla zachowania rownowagi i swobody obyczajow, jak mawial o swych wyczynach w gorach i spotkaniach na rozdrozach. Zawsze byly pelne slodyczy te rendez vous, gdzies na krancach wyobrazni, w kregu bliskich mu osob, doborowym towarzystwie uswieconym latami znajomosci. Nie marudzil, byl teraz w kotlinie i korzystajac, ze zima wokolo scielila sie przemoznie, sposobil sie do narciarskiego rajdu. W podniebne ustronia, tam gdzie kozice i kruki przeganiaja sie z wiatrem, gdzie walcza o prymat i palme pierszenstwa w gorskich ostepach. Wielokrotnie odbywal podobne podchody, wysublimowany rytual, w gronie przyjaciol lub samotnie. Szedl nie spieszac sie. Zmierzal ku dolinie, nie zupelnie zdajac sobie sprawy z poszczegolnych krokow, bowiem postac Eli wciaz jawila mu sie zywa. Powiew rzeczywistosci ktora przeszla mimo niego jak podroz lub sen; zapach gencjany pozostawiony na dloniach, uludna won, ktora w jakiejs chwili, w jakims mimowolnym gescie przybywa, uderza biczem rozkoszy, aby spiac jej zamglony wizerunek, cien jej postaci na peronie. Poznali sie przed kilkoma laty i ilekroc zjawial sie w Tarnowie, witala go pierwsza, na dworcu lub w poczekalni lotniska. Gorace objecia, przejazd jej autem lub taksowka... Tym razem nie mogla z uwagi na nieprzewidziane okolicznosci, jedynie jej glos uslyszany w sluchawce, po kryjomu, ten naturalny, kojacy glos, napawal go zacheta. Wlasciwie potwierdzal to o czym Pawel byl gleboko przekonany, totez bezwolnie uzbroil sie w cierpliwosc. Jej lsniace wlosy, oczy pelne szelmowskich blaskow i kokieteryjny usmiech jaki bezpardonowo rzucala w jego strone, i ta ujmujaca won otaczaly go wszechstronnie i bezapelacyjnie, teraz, gdy uczucie jednoznacznej tesknoty towarzyszylo mu w narciarskiej wyprawie rozlegla dolina. Trasa nie byla zawila, jedynie wietrzysko utrudnialo ruch, tamowalo dech i przyslanialo cel wedrowki, zupelnie jak gdyby grzaski grunt lub sztucznie wzniesione bariery spowalnialy marsz. Mial do pokonania szeroka niecke, z poza ktorej chwilami wychylaly sie postrzepione zbocza Giewontu, a moze byly to Dubrawiska nad Sucha Woda? Sceneria gor, lasow i hal, powiew tajemniczy i doglebny, nieomal od zarania w mesmeryzujacy sposob wplywaly na Pawla.

W owym czasie, podczas kurtuazyjnych wizyt u nich w domu nie wygladalo na to, ze sie do siebie zblizymy. Za nic w swiecie. Postac skryta w zaciszu domowego ogniska, o przezroczystej karnacji i ciekawych oczach, raczej milczaca i niedostepna. Najpierw poznal ow Glos - bukiet modulowanych dzwiekow ujetych w system intonacji, wsparty ekspresja, okraszony swoista barwa i forma, sluzacy do komunikowania sie istot miedzy soba, do wyrazania mysli i uczuc. Czy jest mozliwe, aby zakochac sie w Glosie? Nieprawdopodobne... Aby wyjasnic opisane ponizej nastepstwa nalezy wrocic do owego lata i mojego telefonu przez Ocean, ktory zostal przez Nia odebrany. Chodzilo o narty, przywiezione dla Pawla z Francji, oraz o inne potoczne sprawy. Moze trudno mu bedzie teraz, po latach i nastepstwach, dokladnie przypomniec sobie te rozmowe, jednak byla ona niezbitym faktem. Poczatkiem nastepstw. Dziwnie wydluzala sie w czasie, rozwijala sie w sposob naturalny, z nieznana mu osoba o subtelnym glosie, z ktora nie bylo wlasciwie innego powodu do rozmowy anizeli pytanie o narty i powiedzmy sobie, o ich wspolnego znajomego ktorego nie widzial od wielu lat. A jednak, rozmowa trwala i rozwijala sie, jak gdyby znalazla swoja wlasna egzystencje. Moze dla pretekstu wydluzona wyprawa z pietra do piwnicy w celu sprawdzenia marki nart, nie chciala sie zakonczyc, nie zahaczala o znajomego... Pozornie rozmowa ta nie pozostawila jakiegokolwiek sladu w jego swiadomosci i gdyby nie wspolne spotkanie, ktore mialo kiedys nastapic, nie byloby oczywiscie nastepstw. Wzajemnie zapomniani, tak im sie przynajmniej wydawalo, nie widzieli sie przez wiele miesiecy.

W zimie mialem odebrac narty. Musialo to w konsekwencji doprowadzic do spotkania. W Podbanskiej, na wczasach, na niezbyt dlugiej wizycie, podczas ktorej wymienilismy glownie z jej znajomym garsc informacji o naszych poczynaniach przez ostatnie dziesieciolecie, a takze planach na zblizajacego sie Sylwestra. Oni - gdzies po slowackiej stronie, my w Tarnowskiej restauracji. Wysoka i szczupla, o jasnej cerze, nieco spieta i jakby pozostajaca w tle dziewczyna byla interesujaca. Z zielonymi oczyma, dlugimi rzesami i ciemnymi wlosami przedzielonymi na wpol, ktore z bokow oslanialy jej czolo wygladala w oliwkowej bluzce gustownie - fakt ten odczul w sposob zupelnie neutralny, tak jak ocenia sie mniej wiecej kazdego nieznajomego podczas, lub po pierwszym spotkaniu, i nawet wspolny przemarsz z X (przez dlugi okres nawet nie pamietal jej imienia) po skrzypiacym sniegu na Plac Konkordii, w zadnym stopniu ich ku sobie nie zblizyl. Ale niebawem, u progu Nowego Roku miala nastapic pierwsza wizyta u nich w domu, w Tarnowie, a tam juz dala znac o sobie nieuchwytna nic, zew zmyslow, ktora z magnetyczna sila zwracala ich spojrzenia ku sobie. Nie byly one bynajmniej przelotne, ani neutralne. Chociaz byly wielce obiecujace, to jednak nie precyzowaly obietnicy, a dla postronnego widza nie powinny byly stanowic zagadki. Dziwnym trafem nawet w najmniejszym stopniu nie zostaly zarejestrowane przez asystujacych im domownikow. Byly to spojrzenia, ktore mowily o narastajacym wzajemnym uwielbieniu, najwidoczniej przeznaczone tylko dla nich, i zapewne brak podobnych odnosnikow w wyobrazni Pawla i Eli, lub po prostu brak doswiadczenia, byl gwarancja ktora wstrzymywala ich przed dokonaniem jakiegos niedorzecznego wybryku. Zielonkawe oczy promieniujac, przenikaly mnie na wskros - a ja z uporem odwzajemnialem spojrzenia. Niby niewinnie rozpoczynala sie ich znajomosc, a jednak... zasypiajac owej nocy trzymal ja naga w ramionach i piescil jej delikatne cialo. Obraz jej nie ustepowal z jego wyobrazni, powracal natretnie, a mysl nie wybiegala poza te ulotna chwile. Zreszta nie bylo powodu do zastanawiania sie. Ot po prostu, przelotne marzenie senne. Czyzby nie zdawali sobie sprawy z niecodziennosci rozwijajacej sie osnowy? Ona: Òchodzac ulicami Warszawy miala nadzieje, ze go spotka...Ó, On: Òjedynie noca, w zaciszu czterech scian, sciskal ja w ramionachÓ, zupelnie jak teraz, gdy Pawel posuwal sie z cichym szelestem nart o snieg. Wznosil sie coraz dalej, coraz glebiej zapadajac w objecia doliny, z kazdym krokiem, upartym ruchem przyblizal sie do celu. Mial go przed soba jak na dloni, na niwie poszarpanej i niezbyt odleglej linii horyzontu gdzie mysl jak kometa jasna biegla nieskrepowana. Zdawalo sie, ze byla tuz tuz, gladka, bezposrednia i niepokojaco piekna. Wspinal sie na Korone wielokrotnie, pelen satysfakcji jaka daje poczucie symbiozy z otoczeniem i wspolnoty z bractwem. Znal kazdy zalom jej skory, kazda zmarszczke, wglebienie lub bruzde i to serce pelne szczerosci niespokojnie trzepoczace sie pod reka. Ela, okaz dojrzalej kobiety i matki uwiklanej w potrzask zycia, lecz pelnej usmiechu i optymizmu. Nieco zaazenowana i jakby nie panujaca nad swymi ruchami, wowczas gdy odwiedzal ich w niewielkim domku na przedmiesciu. Zwykle rozmowy, wymiana uwag i opinii na temat warunkow zycia tam i tutaj i oczywiscie wypady w sfere polityki, wszyscy wystepowali przeciwko komunistom, ktorych nareszcie, podkreslano, kres sie zblizal. Reszta to byla herbata, wspomnienia ze studiow i przewidywania dotyczace pracy. Z nim niby od dawna sie znali, ale przedzieleni odlegloscia i czasem byli jak obcy, dopiero swiezo zapoznani.

Tylko jedno z nas dwojga pisze te relacje, ale to nie ma znaczenia, jest tak jak bysmy pisali to razem, chociaz juz nigdy nie bedziemy razem, bowiem nasz czas bezpowrotnie minal. Ela bedzie zyla u boku swego znajomego, ktoremu zostala przypieczetowana zaprzeszla umowa ksiezycow i ziol, udajac ze go kocha, ze zawsze byla mu wierna. Utrzymuje ja i zapewnia egzystencje, dajac jej stabilizacje i mozliwosc spowolnionego usychania, zestarzenia sie w poczuciu watpliwego zadowolenia i nadszarpnietej godnosci. Pawel bedzie podrozowal po swiecie, wracajac do swojego mieszkania z uporem natretnej pszczoly po stokroc siadajacej na kwiatku, na Alice. I chociaz nie znamy ich osobistych, rozwarstwionych prawd musimy domniemywac, ze kazde z nich poddalo sie systemowi, ktoremu sie opierali, ale ktoremu nie potrafili stawic czola. Kazdy na swoj sposob i Ela i Pawel czuja sie winni; ona poniewaz nieoczekiwanie jej maz okazal sie nienaganny, on poniewaz nie oczekiwal zmiany ukladu, poniewaz z hibernacji wyrwala go i przytloczyla koniecznosc dokonania wyboru - konstelacja pomiedzy Diane Keaton i Katharin Ross - koniecznosc eliminacji prowadzaca na rozdroza. Unicestwiajaca A lub B. I tylko czasem zapach gencjany przywiany z oddali wraz z rosa poranka na moment ponownie scali cienie ich prawdziwych twarzy. Moze zbyt pozno spotkali sie w zyciu, szukajac objektywnej prawdy pocieszala sie ona, chociaz watpliwe to ukojenie, bedace afirmacja przeciwienstw i ponizenia, a moze po prostu stracili wiare w siebie, moze zabraklo im odwagi. Bo jak wyjasnic spelnienie sie nieosiagalnych pragnien i najskrytyszych marzen, pelnie zespolenia wraz z autentyczna admiracja, w swietle postronnych okolicznosci? Ale my przyzwyczajeni do wielorakich form nicosci wiemy, ze utracona szansa nigdy nie zatacza zakola.

Odpychal sie mocno kijkami gdyz szedl bez fok, naokolo miekki snieg skrzyl sie rowna gladzia. Przed soba mial swierkowy bor znikajacy hen wysoko na bezmiernych zboczach, pobielony swiezo spadlym sniegiem, wznosil sie monumentalna sciana czarnych pni, ale Pawel nie dostrzegal tej palisady zdobiacej doline. Poruszal sie jak lunatyk, jak automat odgornie sterowany, machinalnie przebierajac konczynami, rozgladal sie za nia. Byla tak blisko, zdawalo sie, ze mogl tknac ja reka. Tkwila gdzies tuz obok, jak oblok ulotna, nieuchwytna lecz rzeczywista. Czul jej piersi rozkoszne, niewielkie i soczyste jak tetnia pelnia ekstazy, oddajac mu sie bez ograniczen, ufna, pelna nadzieji, pozbawiona rozsadku, lekcewazaca, pomimo swych trzydziestu kilku lat, zasadzki zycia. Nikt, byle co, moglo zburzyc ten wyimaginowany splotem dwoch cial swiat godzien pozazdroszczenia, delirium gestow, wzlotow, miekkich upadkow i barokowych slow pelnych zapewnien, kreslacy na bieli przescieradla obronny mur skrywajacy przeszkody i fortele. Totez pial sie dalej, ufny i nieposkromiony poprzez biel otaczajacych go pieleszy, systematycznie i z uporem, jak niestrudzony traper nie ustajac w swych codziennych wysilkach, slepy na zawieje, mroz i majestat gor. Jedynie przed nia chylil czola, robil to w zanadrzu doliny i skrytosci ducha, nie zwierzajac sie nikomu. W zadymce, ktora chwilami polykal wiatr, na horyzoncie jawily sie zreby postrzepionych grani; byla mu przewodniczka, promykiem, na rozdrozach. Wpijal sie w nia cala z poczuciem nieokielzanej rozkoszy gdy tak kroczyli obok siebie, ramie przy ramieniu, serce przy sercu, ona ulotna, przyjmujaca pozory snieznej boginki, on niezmordowany narciarz, zauroczony majestatem skalnych turni.

Szedlem nie spieszac sie w strone schroniska, juz za zakretem witaja mnie rozplaszczone szalasy w dolinie i gwar nad miska goracej strawy. Na werandzie barwne postacie; niebieskawy dymek niosl zapach ogniska, cieplo, ktore jak dotyk reki lub musniecie ust na skroni przeplywalo pomiedzy Pawlem i Ela. Poddali sie sobie pewni wzajemnosci, dali sobie wiecej niz namacalne dowody uczucia, tylko ze... pewien lek go przenikal. Nie chlodu chlaszczacego po twarzy, ale owej pokretnej drogi, zakoli i rozdrozy ktore jak miraze bezkresnej pustyni scielily sie wyczekujaco... Szedl juz od dluzszego czasu, wielu godzin zapewne, poprzez znajome tereny; juz minal Kalacki Uplaz pelen narciarzy i turystow, doline i wawoz po lewej, zamierzajac dotrzec do wrot schroniska. Dzisiaj postanowil odpoczac, tam czekala ferajna, rozmowy, smiechy i zwykla domowa krzatanina. Sposobiono sie do wypadu w wysokie Tatry, jutro, najdalej pojutrze z samego rana, moze do Wawozu Krakow, lub hen daleko, w objecia Rohaczy. Teren wznosil sie nieznacznie, a kreta drozka juz wybiegla z lasu.

W milczeniu mijal pobocza parowu porosniete skarlowacialymi bukami, teraz bezlistne i powykrecane znaczyly trase biegu zjazdowego; zarastajaca krzakami przecinka byla swiadectwem wielkich dni i kolorowych tlumow, wspomnienie glorii sportowych zmagan, ale chociaz slonce wychylilo sie zza chmur, nie przystawal, nie fotografowal nic po drodze... Pewnego dnia przed poludniem spotkalismy sie z Ela w podgorskiej miejscowosci. Entuzjastycznie zaprosila Pawla dwa dni wczesniej po uslyszeniu przez telefon, ze przybyl, ze pozostanie kilka tygodni bo praca i kontrakt z fundacji i Pawel ucieszyl sie: to wspaniale, ze jest sama na wczasach, tylko z dziecmi, wiec kupil butelke Calypso i poznal chatke na stokach Beskidu, ciasnote pokojow i skapstwo znajomego. Niosly ich sciezki, ktore proponowaly swoje tematy na kazdym zakrecie; lsniaca szosa, zwezajaca sie niby srebrna nic w slonecznej poswiacie, gdzie wzgorze za wzgorzem potegowalo piekno odleglosci i gdzie nie sposob bylo przewidziec jaki cud moze sie im wydarzyc Ñ podsumowanie udanej niedzieli w Zakopanym. Tam, na zielonych stokach skosztowali swych warg, zbyt krotko, bo byli pod okiem dzieci, ale ow zawrot glowy ktory ich nawiedzil, wart byl ryzyka. U wrot przyjazni witala ich slodycz i gdy do tanca akompaniuje wiara, zadne mylne rozdroza ni pokretne zakola nie balamuca terazniejszosci.

Powyzej poziomu lasu, tam gdzie wielkie poloniny przegladaly sie w sloncu, snieg lepil sie do nart uniemozliwiajac swobodny ruch. Juz kilkakrotnie Pawel musial stawac, zdejmowac narty z nog, mozolnie czyscic slizgi, ponownie zapinac wiazania i dalej... Droga przebywana powolnie acz systematycznie, wydluzala sie z uwagi na nowe zakusy, ktore sobie wyznaczal. Juz minal byl schronisko, po krotkich przywitaniach i rozmowach; zawsze tacy sami, wylewni i pelni niespodzianek. Tak, jeszcze pozostanie ze dwa miesiace, wlasciwie wszystko jest w porzadku, ale wyjezdza do Warszaway, bo trzeba zarobic na zycie, jutro na trase oczywiscie, jeszcze kawalek, niebawem wraca. Jakis glos, uczucie swiadczace, ze jest sie opanowanym przez cos calkiem nadrzednego, pomimo zmeczenia pociagnelo go w gore, tu blisko, tylko kilkaset metrow pod najblizsza przelecz. Dla aklimatyzacji i rozgrzewki przed decydujaca wyprawa; oto jawi sie drogowskaz z powykrecanych galezi, znal go z letnich wedrowek, jeszcze dwa trawersy... Potem w Tarnowie, towarzyszyl im splot przyjaznych okolicznosci, dzieci na kolonii, znajomy w rozjazdach, wiec Pawel z niepokojem oczekiwal przyjazdu Eli. Oniesmielony sposobil sie do przekroczenia owej bariery dzielacej obojetnosc od zaangazowania, ozieblosc od poufalosci, samobrone od uleglego oddania. Nareszcie mrugnely swiatla reflektorow. Udali sie na wzgorza, daleko w dole wila sie rzeka, rozlegle pola z letnimi zapachami... Obejmowalem jej kruche ramiona i tulilem wielce funkcjonalne piersi. Spacerowalismy wsrod lanow zyta w ktorych tu i owdzie zielenily sie krzaki dzikiej rozy. Siadajac naprzeciw siebie na kamiennej lawce ujeli sie za rece. Bedziesz moja spytal? Od razu mowili do siebie inaczej, z poufaloscia wieloletniego pozycia, pelna harmonia slow i gestow, wyniesiona poza codziennosc, unoszaca ich, doroslych, do beztroskiego dziecinstwa. I glos w sluchawce:

- Jezeli masz goscia u siebie, to mozemy spotkac sie o dwunastej w mieszkaniu mamy, mam klucze, nikogo nie bedzie. Zapisal adres. Bylo to przytulnie urzadzone mieszkanko ze starymi sprzetami, w ktorym unosil sie zapach suszonych ziol. Idealnie nadawalo sie do celu ktory im przyswiecal. Potem mieszkanie Pawla, ucieczki Eli spod kurateli znajomego, nerwowa krzatanina w kuchni lub pokoju, podczas gdy Ela z uznaniem patrzyla na stosy plyt i rysunek Kantora. Niebawem porozumieli sie na temat muzyki, plejada jazzowych pianistow i wyjscia na koncerty, Garner tak, Makowicz tez, Bill Evans w Village Vanguard gdzies na antypodach. Z klasyki Rossini i Paganini, przy tym Furi lub Accardo jako wykonawcy, ale nie Puccini ani Penderecki. Tarrega, Al Dimeola w szalonym duecie z Les Polem. Muzyka - ich kolorowy, trojwymiarowy swiat. Tego wieczoru, ani nastepnego Ela nie poszla jak zwykle do klubu na spotkanie z rowiesniczkami. Medytowalismy razem, pare dni pozniej wysluchalismy koncertu w filharmonii, zjedlismy bakaliowe lody w cukierni i ogladnelismy w muzeum wystawe Czapskiego. Nieoczekiwanie klopotliwy telefon od Alice, niby niezalezna, a jednak podejrzliwa i czujna. I przerazenie Eli - za tym musi kryc sie prawdziwe uczucie. Nie mowili o tym wiecej. Wszystko dalej bylo rytmem i Carlosem z Chicago. Doprawdy, nie zdawali sobie sprawy, natura, czy moze Opatrznosc sprawily im obu kawal. (Ona chciala jedynie sprawdzic, przekonac sie, o sile przyciagania spojrzen.) Ta moc okazala sie przemozna, poza zasiegiem intelektu, wowczas gdy pociagnela ich gra, ktorej stawka byl los.

- Niby nie zly czlowiek, ale chlodny w obejsciu i potwornie wyrachowany, purysta trzymajacy emocje na wodzy do tego chorobliwie zazdrosny, latami nieslusznie mnie podejrzewal. Przed slubem kazal mi sie zrzec praw majatkowych, nigdy nie chodzilismy do restauracji, chyba, ze nas ktos zaprosil. Prosilam, tlumaczylam - bez dokladania do paleniska plomien wygasnie... Zwierzala sie Ela gdy spacerowali przez tarnowski park. Pustki nie wspolgraja z natura, od samego poczatku zadeklarowala sie po mojej stronie. Bylo promiennie gorace lato, z odleglego pozaru lasu wiatr przywiewal delikatny aromat palonego igliwia, zapach slodki jak koscielne kadzidlo.
- Co maja kochankowie, czego nie maja malzonkowie dziwila sie - bo chyba nie polegamy na nobilitacji zdrady? W imie samoobrony, podkreslonej lojalnoscia wobec przeszlosci? W inny wymiar unosila ich wyobraznia wiodac ku przyszlosci i ku dzialaniu. Jak gdyby gonili zmarnowany czas, a taka lapanka unosi w wir zycia, wyzwala z codziennosci i gnusnej prozy. Milosci jak meteory maja swoje chwile. Ta obecna objawiala sie pelna krasa... Upajal go widok, ktory jak nierzeczywisty obraz scielil sie na wprost. Kamienne wanty, tu i owdzie jakby rzucone reka olbrzyma, pochylone i szare, w bialych kapeluszach, dostojnie zasepione, spokojnie lustrowaly narciarzy; jakby zdziwione, nie zdradzajac istoty swego trwania, swoich zamiarow, patrzyly przyjaznie, odmierzaly odcinki przebyte na sniegu. Slizgal sie miedzy nimi wezowym zagonem, coraz wyzej i wyzej...

Po tygodniu poznali sie na dobre, (czas wokol nich przeplywal znacznie szybciej niz czas zewnetrzny), laczyla ich pasja i gamut wspolnych zainteresowan. Zachowujac odmiennosc zdan zgadzali sie ze soba idealnie, pelna harmonia charakterow i seksu. Raz jedyny gdy Pawla poniosla zlosc, jakis glos, dobrze pojete poczucie ulotnosci chwili, wstrzymalo go. Od tamtej pory owiani senna nierealnoscia zmyslow szybko dopasowali swoj sposob bycia i poglady; pieszczoty przekladali nad klotnie, nigdy nie poroznili sie ze soba. Scalala ich harmonia codziennosci, ktora nie byla zwykla rutyna. - Cos ty sie zrobila taka harda, dziwil sie znajomy; Ela poszukiwala pracy i niezaleznosci, kuchnia i cebrzyk jej nie zadowalaly. Nie bylo o to latwo, bo chamstwo i arogancja swiecily triumfy, wiec unikajac galganiarstwa zmagali sie z rzeczywistoscia. Usmiechniety Pawel niosacy rade i slowa pociechy, teraz byl wesol, ale wiedzial, ze z oddali zawolaja go obowiazki, ostatni wieczor, Ela rozdygotana, z trudem panujaca nad soba, z duma pokazujaca dwojke spiacych dzieci.
cdn.

© W.A. Zdaniewski ©
Idex: Cos dla Narciarzy Powrot: Karkolomy