Index: Cos dla Narciarzy
Powrot: Piekna Pani
Lub: Kasprowy - Mechy - Kuznice
Zapasy ze Sniegiem
Wieslaw A. Zdaniewski
Jest grudzien 1990, po wielu bezsnieznych zimach Zakopane na nowo otula biala poducha. Uciecha
wielka! Sympatycy narciarskiego szalenstwa nareszcie moga przypiac do nog deski. Powtarzajacy
sie
od kilku lat niedosyt sniegu na utartych szlakach zjazdowych spowodowal, ze zaopatrzyeem sie w
specjalistyczny sprzet umozliwiajacy swobodne poruszanie sie po gorskich bezdrozach.
Wlasnie nadarzala
sie okazja do sprawdzenia jego i siebie.
|
Zamierzalem udac sie z Hali Kondratowej na Kope Kondracka i dalej, grania wzdluz doliny Cichej, do stacji
kolejki na Kasprowym Wierchu. Poniewaz byla to moja pierwsza eskapada tej zimy, wiec zdecydowalem sie
na wycieczke bez nart, za to wyekwipowany w buty przystosowane do lodowcowych wypraw, raki, czekan
i okulary chroniace przed promieniowaniem ultrafioletowym. W plecaku nioslem moja kamizelke ratunkowa
- puchowy spiwor, gwarantujacy ochrone do minus 30º C. Nie dlatego, abym planowal nocleg w gorach, ale
w swych samotnych wedrowkach musialem byc przygotowany na wypadek nieprzewidzianego postoju. Do
kompletnego stroju brakowalo mi jedynie oslon na buty i lydki. Ich brak stwierdzilem w przeddzien
wymarszu, jednak nie bylem z tego powodu sklonny do rezygnacji ze wspaniale zapowiadajacej sie
wycieczki. Jeszcze tylko u Zdziska i Tereski, moich bratnich dusz, narada przed jutrzejsza wyprawa.
Trasa z Kondratowej do Strazyskiej z pewnoscia bedzie przetarta gdyz jest to uczeszczany szlak -
z wlasciwa sobie swiadomoscia rzeczy twierdzila Teresa, a przytakiwal jej Zdzisek. Obydwoje byli
zasiedzialymi zakopianczykami, ktorzy gory maja pod bokiem, na co dzien, wiec podziwiaja je z okna
mieszkania. Po raz ostatni byli na gorskiej wycieczce pewnie w czasach szkolnych. Jednak nie tracili
ducha i przy kazdym spotkaniu obiecywali, ze nastepnym razem napewno gdzies sie wspolnie wybierzemy.
Ale niestety! Pietrzyly sie przeszkody nie do pokonania; nie bylo czasu, sprzetu, pogody lub... ochoty.
Zreszta podobnie objektywne przeszkody scielily sie u nog wszystkich moich zakopianskich przyjaciol.
Pokonywalem wiec owe przeszkody chodzac w gory samotnie.
Mroznym rankiem czwartego grudnia, przy bezchmurnym niebie wyruszylem z mojej zakopianskiej bazy
do Kuznic. Wokolo krolowala przepiekna zima okraszona przedswiateczna aura - mieszanina zywicznych
zapachow, slonecznych migotan i wspomnien z dziecinstwa. Zakopane i Kuznice powoli budzily sie ze snu.
Drogi byly juz przetarte totez niebawem minalem Kalatowki.
Podchodzac wawozem na Hale Kondratowa
wylonil sie z za drzew bialo-zlocisty szczyt Kopy Kondrackiej, ktorego gorna partia kontrastowala z
przezroczystym blekitem nieba, podczas gdy podstawa wraz z dolina wciaz jeszcze byly pograzone w
mrocznym polsnie. Slonce powoli podnosilo sie z za gor coraz hojniej rozsiewajac dukatowe zloto.
Lekki powiew ledwo-ledwo przeciagal po wierzcholkach drzew zas z krzewow i gestw lesnych bezszelestnie
wycofywal sie zmrok. Wkrotce bylem w schronisku. Juz budzono sie tutaj i rychtowano do harcow na sniegu.
Zabawilem krotko popijajac cos slodkiego co nazywano -goraca herbata- i o 8;15 wyruszylem dnem doliny w
kierunku siodla odgraniczajacego masyw Giewontu od Kopy Kondrackiej.
Trzynastostopniowy mroz pobudzal
do akcji. Z latwoscia szlo sie po zmarznietym sniegu nawet wowczas gdy przetarta sciezka skonczyla sie i
jedynie slady samotnego jak ja turysty, kluczac pomiedzy krzakami kosodrzewiny, wyznaczaly trase w
strone przeleczy. Juz schronisko zniknelo mi z oczu zakryte bialymi garbami wzniesien, tu i owdzie
przetykanymi zielenia lasu, ktora teraz przybladla i zmatowiala. Malenkie diamenty sniegu u mych stop
jarzyly sie i teczowo mienily w sloncu, cale ich bez liku. Wkraczalem coraz glebiej w gorski majestat,
tuz u podnoza poteznego Giewontu, ktory hen wysoko, roztaczal swoja poszarpana grzywe. Idac jakis czas
pojedynczym tropem doszedlem do konca doliny, sporadycznie usuwajac zbierajacy sie snieg w
cholewkach.
Nachylenie stoku stopniowo wzrastalo. Wokol panowala cisza i jedynie przenikliwy swist malenkich
mysikrolikow swiadczyl, ze zycie na snieznych pieleszach nie zamarlo. Mniej wiecej w polowie podejscia
na gran, gdzie stromizna nabrzmiewa, zalozylem raki i pialem sie dalej, bacznie zwazajac na zagrozenie
lawinowe. Nie chcac dopuscic do niekontrolowanego zjazdu wspinalem sie wypuklymi grzbietami na ktorych
pokrywa sniezna bywa przewiana.
Stopniowo, krok po kroku wznoszac sie coraz wyzej, podchodzilem ku
grani; juz, juz mierzylem sie z samym Giewontem, ktorego krzyz blyszczal jak gwiazda przewodnia w oddali.
Na stromym zboczu osiagajacym 50º nachylenia czekan byl nieodzowny; pialem sie teraz na czworakach i
zastanawialem nad wyborem drogi. Przebycie ostatnich kilku metrow nastreczalo spore trudnosci. Musialem
przebic sie przez nawisy sniezne dbajac aby nie spowodowac lawiny. Posuwalem sie bardzo powoli starajac
sie nie stracic rownowagi. Tuz nade mna byl blekit nieba, po ktory zdawac by sie moglo, nalezalo jedynie
siegnac reka. Jeszcze kilka krokow i oto bylem na grani.
Nagroda za moj wysilek byl wspanialy widok na Tatry i scielace sie w oddali Koscieliska. Powyzej
jarzylo sie w sloncu rozlegle cielsko Malolaczniaka; opadajac poteznymi rynnami parowow az do kotla
Wielkiej Laki dopraszalo sie o narciarzy. Poza mna, w jednym rzucie dolina Kondratowa, Myslenickie Turnie,
oraz Kasprowy Wierch skad dochodzily nikle dzwieki wibrujacych lin. Lekko wznoszac sie oczekiwala na
mnie gran zwienczona wierzcholkiem Kopy Kondrackiej. Oblodzona i przy niskim stanie sniegu bezustannie
zwiewanym w doliny, swietnie nadawala sie do spaceru w rakach.
Slonce swiecilo mi w twarz. Trawersujac, ze zdziwieniem odkrylem wydeptana sciezke ktora biegla w
strone granicy. Byl to szlak kozic. Kroczac nim, rzec mozna, komfortowo, snulem ambitne plany dojscia na
Kasprowy Wierch w poludnie. Jednak na naslonecznionych stokach temperatura stopniowo wzrastala...
Najpiekniejsze widoki roztoczyly sie po dojsciu do granicy. Fantastyczne formy wyrzezbione w sniegu,
niczym obloki ogladane z samolotu przewijaly sie wzdluz gorskich grani. Mijajac Suchy Wierch Kondracki
stapalem po waziutkim, unoszacym sie w przestrzeni snieznym dywanie. Ostroznie zblizajac sie ku krawedzi
wygladalem poza nia, ku wyzlobionym przez wiatr balkonom i kazalnicom z ktorych opadaly kaskady zlebow
i tarasow. Z jednej strony krolowala niebieskawa otchlan, zas z drugiej rozciagaly sie oslepiajaco biale
zbocza nie tkniete ludzka stopa. Przejmujaca biel tego swiatla bijacego od sniegu, z przezroczystego
powietrza, z blekitnych przestworzy, byla jak kredowy papier sztychu, na ktorym glebokim granatem kladly
sie kreski i szafirunki odleglych skal - niczym nie skrepowanej korony Tatr.
Zalowalem, ze bylem bez nart, gdyz az sie prosilo aby poszusowac wzdluz stokow Doliny Rozpadlej.
Niestety bylem zmuszony wlec sie noga za noga, coraz glebiej zapadajac sie w snieg. Na tym odcinku
jedynie naslonecznione zbocza nadawaly sie do wedrowki, a wierzchnia warstwa sniegu nie utrzymywala
juz mego ciezaru. Pod spodem jawil sie puch i dopiero w glebi zlodowaciala skorupa. Ani sladu ludzkiej
stopy od opuszczenia schroniska w dolinie!
Baczac, ze najwiekszym wrogiem zimowego turysty sa lawiny, nie zdecydowalem sie na przejscie
gladkim zboczem, ponizej grani. Trzymajac sie szczytu Suchych Czubow bylem w miare bezpieczny, pomimo,
ze gran jest tutaj zwienczona sterczacymi kominami. Ich pokonywanie przypominalo mozolne wdrapywanie
sie, to zas zlazenie po polamanych drabinach. Z nadzieja oczekiwalem, ze w koncu trafie na twardy grunt,
ale byly to plonne marzenia. Zapadajac sie po uda w sniegu i nieporadnie przepychajac musialem poswiecic
az czterdziesci minut aby pokonac dystans zaledwie stu metrow! Gramolilem sie jednak uparcie,
odpoczywajac coraz czesciej na plecaku; moje ambicje dotarcia na Kasprowy nie opuszczaly mnie.
W koncu osiagnalem kres wedrowki Ð opuscily mnie sily. Niczym na grzezawisku zapadlem sie tak gleboko,
ze nie bylem w stanie wykonac jakiegokolwiek ruchu. Chociaz byla dopiero pierwsza po poludniu w rachube
wchodzil jedynie powrot na Hale.
Z wielkim trudem wygrzebalem sie z kopy i niejako z dusza na ramieniu, ruszylem z powrotem. Powoli
pialem sie pod gore; minawszy Suchy Wierch Kondracki wkroczylem w zbawczy cien - znowu stapalem po
zmarznietym podlozu. Byla to niewyslowiona ulga!
Na przeciwleglym stoku, pomniejszone odlegloscia
niczym mrowki, spacerowalo stado kozic. Znajdowaly sie zbyt daleko aby do nich zagadac co czynilem
wielokrotnie przy innych okazajach. - A to idac grania za Posrednia Turnia, stadko kozic pewne swoich
umiejetnosci szybko pnie sie po karkolomnym stoku, juz juz wkraczaja na gran i niezrazone, tuz przed moim
nosem przemykaja na Slowacje w sobie tylko wiadomym celu. Beee!, beee! pozdrawiaja mnie na odchodnym
zwyczajem domowych koz a ja odpowiadam im tym samym. To znowu mglista jesienia schodzac
Podczerwiencem pod Kopa Magury nagle czuje ciezar czyjegos spojrzenia na plecach. Odwracam sie a to on!
Stoi koziol na skale jak na ambonie, kilka pieter nade mna. Stoi i przyglada mi sie badawczo, jakby
niezadowolony ze krece sie po jego obejsciu, ale nic nie mowi, brode tylko skubie i rogami potrzasa, wiec
i ja macham mu reka na pozegnanie. To znowu swistak, straznik tatrzanski na mnie gwizdze i kozice hen
w dole alarmuje gdy wiosna bezszelestnie styrmam sie na Niebieska Turnie. Innym razem na Ciemniaku,
wpaniala lisia kita miarowo potrzasa wilk. Tak, znam wielu czworonogich mieszkancow ktorzy ukochali
gory tak mocno, ze w doliny nigdy sie nie zapedza, nawet zimowa pora. Chcac sie z nimi zaznajomic musisz
bracie samemu do ich krolewstwa sie fatygowac. Ale pora wracac. Najprostsza droga do schroniska prowadzi
bezposrednio w dol, wiec przysposabiam sie do przejazdzki na plecaku. Siadajac, mocno chwytam trzonek
czekana owijajac petle wokol dloni. Jestem zwrocony twarza do stoku.
Proponowany sposob zjazdu, glowa w dol, na plecach, nie jest zalecany w literaturze alpinistycznej,
jednak posiada niezaprzeczalne zalety, ktore wynikaja z podstawowych praw fizyki. Jego niedogodnoscia
jest brak mozliwosci obserwacji terenu przed soba, totez chcac uniknac niespodzianek, zjazd taki mozna
praktykowac jedynie na gladkich stokach pozbawionych przeszkod jak kamienie lub drzewa. Stok ponizej
spelnial te warunki. ...Odepchnawszy sie nogami zaczalem opadac wbijajac ostrze czekana w podloze.
Rozlupywane kawaly zlodowacialego sniegu rozpryskiwaly sie na boki a ja pedzilem w dol. Dwukrotnie
stopowalem i ponawialem zjazd, az w koncu wygodnie osiadlem na rozmieklym sniegu u podnoza.
Znajdowalem sie w poblizu -Kamienia-, olbrzymiej wanty, ktora lezy w tym miejscu od niepamietnych
czasow. Chcac nie chcac musialem znowu zmagac sie z zaspami. Wokol nie bylo ludzkich sladow. Grzaski
snieg lapal za kolana chociaz specjalnie wybieralem miejsca przewiane z ktorych sterczaly szypulki traw.
Jeden krok, drugi - radosc, ze oto wyzwolilem sie z uscisku i bec... znowu zapadam po uda w sniegu, a tu do
schroniska jeszcze dwa kilometry. Mozolnie wydzierajac nage za noga przeklinalem swoj pomysl. Wreszcie,
umeczony, mijajac po drodze znak zabraniajacy wstepu z powodu lawin, dogramolilem sie do chaty.
Od kilkunastu minut suszylem odzienie, lapalem oddech i popijalem plyn, ktory musial byc goraca oranzada,
gdy nagle poczulem, ze ponizej kolan, miast nog mam dwie klody wtloczone w dyby z lodu. Suszenie obuwia
wymaga kilku dni!!! Prawda ta momentalnie mnie uderzyla; niczym oparzony wybieglem ze schroniska.
Biegnac co sil nartostrada do Kuznic, podskakujac i wykonujac przedziwne ruchy rozgrzewalem nogi, a
towarzyszyly mi zdumione spojrzenia mijanych turystow. O czwartej bylem z powrotem w bazie u
Staszka w Zakopanem. Gdy wylewalem wode z butow wypraw Ð wypadly niewielkie kawalki lodu. Skutki?
Chociaz w slowniku barmanow i koneserow napojow trzezwiacych mieszanke taka okresla sie mianem
on the rocks, nie dostalem nawet kataru! Tym nie mniej entuzjastom zimowych wypraw na gran
radze zastanowic sie nad skutkami zlodowacenia w przypadku unieruchomienia gdzies na podniebnych
turniach lub w niedostepnej tatrzanskiej dolinie. W tym miejscu nalezy sie odwolac do madrosci poety.
Z piosenki o zolnierzu broniacym Cysorza, gdy wraz stali obozem w Olomuncu na Fiszplacu, taki oto moral
wynika;
... A gdy przyszlo do ataku
To uciekal u-rwa wrog
To uciekal u-rwa wrog.
I orderow u-rwa mom bez liku
Ale u-rwa ni mom nog!
Ale u-rwa ni mom nog!
Uwagi, Rady i Zasady
Dlugosc opisanej trasy z Kuznic na Hale Kondratowa, nastepnie na gran miedzy Kopa Kondracka a
Giewontem, do granicy, Suchych Czubow i z powrotem do Kuznic wynosila okolo 14 km, przy maksymalnej
roznicy wzniesien blisko 900 m. Czas trwania, odliczajac postoje w schronisku 7.5 godziny, z tego
1 - 1.5 godz, przypada na odcinek Kuznice - Hala Kondratowa i z powrotem. Wedrowka w nieprzetartym
sniegu wynosila okolo 7 km i zajela 6 godzin, dajac srednia przemarszu 1.17 km/godz. Pamietac jednak
nalezy, ze niekiedy na pokonanie 100 m odcinka trasy nalezalo poswiecic az 40 minut. Pomimo slabego,
zdawac by sie moglo, grudniowego slonca, temperatura wzrosla od -13 stopni C do +2, co spowodowalo
rozmiekczenie sniegu i wrecz uniemozliwilo pokonanie zaplanowanej trasy.
Przy stosunkowo niskim stanie sniegow owczesnej zimy, obsuniecie sie lawiny na stoku zwroconym
na PN bylo znikome. Tym niemniej, w 1933 r. lawina zmiotla narciarke zjezdzajaca opisana trasa z
Kopy Kondrackiej do doliny. Wypadek nastapil w poblizu -Kamienia-. Decyzja o podjeciu zimowej
wycieczki musi wiec byc poprzedzona ocena ryzyka. W warunkach lawiniastych bezpieczna trasa
prowadzi grzbietem Lopaty. §
|
© W.A. Zdaniewski Harrison NJ
Index: Cos dla Narciarzy
Powrot: Piekna Pani
Lub: Kasprowy - Mechy - Kuznice
Gora:
|