
|
-1-
Przypowiastka o podniebieniu
Uwielbial sztuke kulinarna scislej, rytual konsumowania, ktoremu poddawal sie z wielkim znawstwem.
Ot, lubil sobie dobrze podjesc, a ze docenial cudzy wysilek, tworcza dzialalnosc, wlasny smak i jednoczesnie
nawiedzilo go szczesliwe zrzadzenie losu, fakt posiadania wolnego czasu oraz pieniedzy, z luboscia oddawal
sie degustacjom i filozofii. Oto co moze sie zdarzyc komus w rownym stopniu oczarowanemu tajemnicami
wszechswiata co przypadlosciami jezyka.
- Jezyk! to najwazniejszy organ meskiego ciala... po mozgu ma sie rozumiec - dodawal pelen euforii na widok
rumiencow jakie wywolywal na twarzach sluchajacych go pan.
- Gdy na jezyku blogo, to i pozytywne myslenie
czlowieka nie opuszcza. Najlepsza jest dziczyzna, kozice, cietrzewie i zajace, chociaz... koszernej wieprzowiny
tez nie nalezy lekcewazyc. Szczegolnie, w egzotycznych wydaniach. Kuchnie francuska, indyjska, malazyjska...
uhm!
I byl taki moment, juz mowil po angielsku dosc dobrze, kiedy konsumowal z piekna Amerykanka duszona
szynke, to ona po pol godzinie powiedziala "myslalam, ze ty jestes z Baltimore, tylko jakala".
Moj
przyjaciel, filozof z zawodu, zas z natury jezykoznawca i podroznik, tak opowiadal przygode jaka zdarzyla mu
sie z jedzeniem. Bo aby nie tracic kontaktu z zywym jezykiem nie ograniczal sie do smakowania specjalow, ktore
osobiscie przyrzadzal - dodajmy, ze ze znawstwem. Lubil degustowac dania serwowane w co lepszych
restauracjach, ktorych w Nowym Yorku nie brakuje. Wiec zwiedzajac ten kosmopolityczny amalgamat nie do
opisania, kulinarny melting pot, ktory zamyka sie kragla cyfra 8000 - osmiu tysiecy restauracji! zdecydowal sie
na jedna szczegolna, wskazana przez spadkobiercow Karla Baedekera.
Nowy York trwal w nim. Budzil lek, ale i tkliwosc, jak kruche malarstwo. Filozofowi udreczonemu glodem
nieustannego poznawania wielkomiejskich spelun i smakowych frykasow, rok temu wpadla w oko recenzja
zachwalajaca francuskiego maestra. Przez dwanascie miesiecy sumienie nie dawalo mu spokoju i wlasnie teraz,
po ponownym przybyciu na Manhattan swe kroki skierowal do odzywczego przybytku.
- I po co ta kaczka przywedrowala az do Greenwich Village? Po co ja przywedrowalem za nia az tutaj?
Z odcieniem filozoficznej zadumy zapytywal sam siebie.
Opis frapujacych go delicji niewatpliwie musial dorownywac samym delicjom. Kaczka...
Francuska kaczka, nie pekinska, ten raczej dobrze znany przysmak chinskiej kuchni przyrzadzony z
soja i imbirem; nie taka z kuchni latynoskiej czy tailandzkiej, kapana w kokosowym mleku. Nie byla to kaczka
ktora sie szarogesi w podmiejskich stawach, ani kaczka w galarecie;
|
|
-2-
nie Canard Braisé aux Choux Rouges,
bynajmniej nie tamta nieduza, rozspiewana kaczuszka na krzywych nozkach.
Bylaz to kaczka, moze kaczor z kuchni samego libertyna, ktory uciechy jezyka i dobre maniery przekladal nad inne uciechy? Niezwykla kaczka. Mistyczna, od dawna skolatanym zmyslom mego przyjaciela nie dajaca spokoju, dziwaczka.
Bo oto
Wpierw byla delikatnie marynowana
(tak stalo w baedekerze)
lekko opiekana,
przywedzona,
pokropiona,
zawijana dla nabrania gladkosci,
gotowana,
i nareszcie... z namaszczeniem
podana.
Caly czas kontemplowana.
Dopiero gdy emocje podchodza do gardla,
smakowana...
(O cenie nie przystoi wspominac)
Frykasy zdawaly sie wirowac w powietrzu juz pod naciskiem glosu. W tym wyborowym miejscu, ktore tylko
uprzywilejowani zdolaja poznac, od razu doszedl go obezwladniajacy powiew kuchennych zapachow. W rozanym
powietrzu, w zalanej purpurowym blaskiem sali krzataja sie kelnerzy, przybieraja dostojny wyglad, usmiechaja
sie i poca, z cala wyrezyserowana gorliwoscia serwujac pachnace danie. Sztucce dzwiecznie tracaja brzegi
porcelany, espresso syczy wymyslnie jakby sie z czegos cieszylo, zciszone rozmowy sasiadow nie angazuja
sluchu, a moj przyjaciel niespokojny, nie moze sie doczekac...
- Dlaczego uczyniono je wszystkie tak dobrymi do jedzenia i dlaczego te, ktore maja lot cichy, jak slonki,
bekasy i strepety, sa jeszcze smaczniejszse niz reszta? - retorycznie pyta usluzny kelner-ornitolog,
niewatpliwy znawca ptactwa i literatury. - Jaki to smaczny ptak, kiedy jest
podany flambé z armaniakiem, z
odrobina szafranu dodana dla zrobienia sosu, dwoma platkami kaffir-limes i pommes soufflé oraz Cortonem,
Huglem, Beaunem czy Pierre Spaarem do przepicia... Zyczy pan...
Wydawalo sie, ze Pan Bog zartuje. Bo przeciez tworzenie dorodnego ptactwa, strojenie ich w pioropusze, zdobienie przyprawami i zapachami po to aby przez spotegowanie odczuc bezposredniego dotyku przypodobac sie jezykowemu znawcy, to musial byc rodzaj jakiegos demiurgicznego figla.
Nareszcie... Oczekuja go wymyslne doznania godne ludzi wyzszego stanu, pelnia, jak powiadaja uliczni poeci, szczescia. Z namaszczeniem podnosl kes do ust i... Cos bylo nie tak... Cos nie w porzadku! Przez chwile zawahal sie. Nieslychane... Usilowal przelknac kes, lecz zdretwial mu jezyk. Zamyslil sie doglebnie usilujac wyjasnic gnebiaca go zmore - ukryta istote ludzkiej egzystencji i ludzkiego cierpienia. I... nagle przypomnial sobie, ze przeciez... nie znosi kaczki! -
Harrison, NJ 3.II.98
|