>   Polaczenia z Patrialab mile widziane <
 

Index: Patrialab   Powrot: St. Marks   Lub: Jezykoznawca  




No1.gif (1198bytes)) StMarks.gif (3887bytes)

clear.gif (45bytes)
waz.gif (1043bytes)

  

  clear.gif (45bytes)

-1-

[Footnote] Tribeca Park, niewielki skwerek pod azurowymi akacjami, wcisniety w trojkat jezdni, jak wysepka na rzece po ktorej zamiast barek i lodzi przeplywaja samochody, nieprzerwany nurt maszyn na kolach, lsniacych, nadymanych pudel, beznogich pojazdow nowoczesnej cywilizacji, halasujacych, kolorowych, rozgwizdanych wiatrem i nieskonczenie pedzacych, rozpasanych swoboda zmechanizowanych koni poganianych przez ukrytych jezdzcow i przez szal predkosci; lato jest chlodne jak na tutejsze warunki, zaledwie dwadziescia pare stopni ciepla, teraz, w sierpniowa niedziele zycie na ocienionym skwerku posuwa sie ospale, to zasluzone lenistwo o ktore nie latwo w sercu Nowego Yorku splynelo na miasto otulajac wzajemnie zwarte Tribece i Soho; lubimy te dzielnice, zwlaszcza Soho obramowane wzdluz i wszerz siatka kilkunastu ulic, odkreslone od reszty metropolii slynnym Broadwayem, z boku przylegle do Greenwich Village, Soho utkane kilkupietrowej wysokosci fabrycznymi magazynami, opustoszalymi gdy zawitalismy tutaj po raz pierwszy przed dwudziestu laty, obecnie wypelnione galeriami, uludnymi butikami, pasazami, barami i kafejkami, ktore kryja sie w zagadkowych meandrach lub wylegaja z ceglastych fasad wprost na chodniki, Soho tetniace swoistym nurtem, urokiem Edenu, nabrzmiale rozmowami w roznych jezykach, dzwiekami o nieodgadnionych intencjach krzyzujacymi powietrze jak laserowe promienie, oaza odrebnosci i Eldorado odmiencow, na krancach okolona wynioslymi murowancami z ruchliwymi alejami u stop, skrzyzowanie brzydoty z autentycznym pieknem, zasmiecony ogrod pelen materialnych i ludzkich osobliwosci; wielu tu wedrowcow i przybyszy z roznych stron globu, z innych stron miasta, turystow adorowanych przez rodzimych oryginalow, przebierancow, milionerkow, pozerow, cwaniakow, elegancikow i ulicznych galganiarzy, typow o roznej masci i proweniencji, smietanka tutejszego, wszechswiatowego epicentrum, zywa masa plynaca skros ulic i kawiarni, samorzutnie mieszajaca sie i przewalajaca w takt popoludniowego slonca, z boku na bok, z nogi na noge, drgajaca jak naprezona guma, jak plazma poddajaca sie podmuchom chwili; w niej parki ciasno tulace sie do siebie, ociezali czarni o porcelanowo bialych oczach z wysilkiem biegajacy tam i z powrotem, nawolywujacy sie lub zasluchani w ogluszajace rytmy swych pudlowatych tranzystorow, czasem otyla jejmosc o cielecym spojrzeniu przetoczy sie bezszelestnie trotuarem ukradkiem rzucajac westchnienia, malowane cioty o kocich spojrzeniach, uliczne osobistosci wszelkiego stanu, aparycji i wyznan; krazenie od baru do kawiarni, ze sklepu do pasazu, z baru do sklepu, karty kredytowe i czeki przechodzace z reki do reki jak wymiana rytualnych amuletow lub wizytowek z numerami telefonow; srebrzyste lancuchy pobrzekujace na dumnych piersiach, krzyzowanie sie nog lub rak, plyniecie z ulicy do trattori, do baru, napowrot do kawiarni, w gore lub w dol schodkow, publiczna prezentacja istnien skazanych na anonimowosc i zapomnienie, ktore wlasnie tutaj nabieraja sensu; emocje unoszace turystow z miasta do piwnic lub na pietra gdzie bogaty marszand urzadza kolejna promocje, do miejskiego ratusza, gdyby mer nie byl bardziej skapy od marszanda i zdecydowal sie urzadzic publiczny bal, lub do Soho Kitchen na butelke Jenlain, degustacje palety trunkow i teramisu spreparowanego przez kuchennego mistrza; sabat trwa, zdaje sie nie miec konca, powszechna orgia obejmujaca wszystkich, zniewalajaca starych i mlodych, rozwija sie na wskros zagarniajac w swoje objecia nawet upartych i niezdecydowanych; wycieczki do okolicznych przybytkow i swiatyn: handlu, rozrywki, usluznego serwisu i tajemniczego kultu, gdzie wierni ogladaja transmisje meczu bejsbolowego, gdzie slychac pomruki jazzu, gdzie anons obwieszcza "tango" w trattori w ktorej co wieczora latynoska emigracja tanczy ow taniec sluchajac kilkuosobowej orkiestry, to autentyczne tango z La Plata w ktorym rytm jest wygrany przez instrumenty, w ciasnocie plyna na chodnik przed wejsciem, tam jak zaczarowani, rozumiejac swego bluesa i wiedzac jak sie nim delektowac tancza tango, taniec nobilitowanej holoty usankcjonowany przez bogow; karuzela zatacza coraz szersze kregi, oto galeria rzezb ze szkla - imponujaca klasa i roznorodnoscia ekspozycji,


clear.gif (45bytes)


-2-


smakiem i determinacja wlascicieli, ktorzy z roznych stron swiata potrafia wybrac to co w materii szkla jest najwspanialszego, cale cywilizacje doswiadczen, osobliwych selekcji i osobistego gustu; za rogiem Mano a Mano, meble i przedmioty przeniesione wprost z podzwrotnikowych lasow Meksyku uderzaja przybysza jaskrawymi kolorami i bajecznymi ksztaltami malunkow na drzewie, metalu czy porcelanie, niosa swiadectwo podskornych, antropologicznych znaczen, w galerii szkla uzytkowego chuda Kerstin, z ktora niekiedy zamieniamy po szwedzku uwagi, salon meblowy z eksponatami z innej planety, a moze z reklamy w ekskluzywnym czasopismie; meble ze szkla, meble z marmuru, meble ze stali o nieprawdopodobnych ksztaltach i kosmicznych cenach, ktorych ksztalty uformowane wyobcowana wyobraznia tworcow juz dawno zatracily jakikolwiek zwiazek z funkcjonalnoscia, znowu pawilony, sklepy, z konfekcja wloska i francuska, wytworne salony w ktorych sprzedawcy, ukladni i nienatarczywi z namaszczeniem podchodza do towaru, klienta i rytualu sprzedazy; niepowtarzalne, unikalne modele z reguly wydajace jak najlepsze swiadectwo swoim projektantom i zapewne ich zasobnym uzytkownikom, wielkie nazwiska dyktatorow i feteszystow ubierania, Versache, Stephane Kélian, Claude Montana, Matsuda, artysci materii i spelnionych pragnien; galerie obrazow, galerie grafiki i rysunku, Warhol i Marylin patrzacy ze scian, delektujacy sie zupa Campbell, pokratkowany Vasarely, stuletni Ertéz przynoszacy secesje terazniejszosci, takze rachmistrz Opalka, galerie pelne tradycyjnych dziel sztuki, malunkow, rzezb, fotografii, przedmiotow zbytku, kolekcji osobliwosci, galerie-przytulki towarzyskie, galerie-studia pelne wernisazy przyciagajacych artystow, szarlatanow i amatorow poczestunku, galerie-swiatynie jak ule pszczoly skupiajace i cholubiace wiernych ­ wyznawcow sabatu; sztuka ta prawdziwa i ta domniemana rownoprawnie wystawione na sprzedaz, wyroby ze szkla, z plastyku, z drewna, perlowej macicy, przepych bizuterii mamiacej oczy i dziurawiacej portfele, botaniczne ogrody przeniesione z tropiku, z odleglych kontynentow, zebrane tutaj, w Soho w swoisty konglomerat kultur i businessu, pozytywny aspekt eksponowanej konsumpcji, lunapark pelen wibracji i objetnic, gdzie dobre wrozki rozparte na tronach, ucharakteryzowane zyciodajne wiedzmy, patronujace barom i przechodniom, w mrocznych pomieszczeniach oczekuja na zagubionych i zblakanych jak pajaki na muchy, przepowiadajac im szczescie, milosc i sukces, wyprostowuja czyjes zycie; ptaszarnie pelne papug siadajacych na glowach, krazace papugi-ulicznice, nie wiadomo ktore bardziej rozkrzyczane ktore bardziej wielobarwne; przed wystawami sklepow i salonow plyna opiete jeansy uwypuklajace ksztalty, spaceruja suki zachlanne, napuszone, szczerza zeby i cycki dumnie wypychaja przed siebie, dziewczyny poszukujace swojej zyciowej szansy a moze przygody na dzisiejszy wieczor, grupki pedalow, hermafrodyci usmiechnieci i frywolni czujacy sie w prawie, owi barwni odmiency w czarnych strojach i o zabawnych gestach pedaluja nieustannie w poszukiwaniu zludnej fatamorgany; tam i z powrotem snuje sie towarzystwo, przystaje, rozmawia, znowu porusza konczynami, odplywa w dal, ich miejsce zajmuja inni tacy sami, ustrojeni czy porozbierani na wszelkie mozliwe mody i sposoby, niektorzy jakby wyrwani z karnawalowej zabawy lub maskowego balu, mieszaja sie i plyna niczym magma, niczym sluz milosnych zetkniec; spotkania i odejscia rak, twarzy, aparatow fotograficznych, ktorych dyskretne pstryki akompaniujac teatralnym pozom i usmiechom gwarantuja pozory trwania, pamiatki dla najblizszych lub dla wlasnej satysfakcji, nieskonczona roznorodnosc typow, ksztaltow; tu i owdzie radosne okrzyki powitania, zetkniecie rak i warg ktore rodzi sie i przedluza, kiedy jakas para przerywa plyniecie, kiedy tylko czasem brzeknie sprezynami zegar... Soho, ksiezycowa pelnia liberalizmu i wymuszonej tolerancji, jedna olbrzymia galeria osobliwej awangardy i ariergardy, bezczasowa, tkwiaca w terazniejszosci, bez przeszlosci i bez przyszlosci, zapatrzona w siebie, w dzisiejsza niedziele, w te wlasnie wzajemna, ludzka zabawe; atmosfera na wskros wielkomiejska, ale szczegolnie tutaj i letniskowa i prowincjonalna bo zaciszna i swojska; niedziela w Soho epilog nowojorskiego sabatu, to wszystko widze wyraznie z naszego okna daleko od Manhattanu, widze, bo patrze i umiem sluchac.

Odwiedz Kurier Plus [Footnote]

clear.gif (45bytes) arrowup.gif (106bytes) clear.gif (45bytes) © W.A. Zdaniewski, Harrison, NJ


Index: Patrialab   Powrot: St. Marks   Lub: Jezykoznawca   Gora:Top